Tytuł : Rozdział I: Nowa tożsamość part 2
Data : wtorek, 21 kwietnia 2009
Godzina : 14:29:42
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [20]


Oto nadszedł dzień, kiedy w końcu skończyłam drugą część opowiadania. Trochę to trwało, bo jakoś się nie umiałam za to zabrać. Mam nadzieję, że się wam spodoba ;)
Notkę tę dedykuję Żabci, która nie raz zasadziła mi kopniaka, żebym w końcu się zebrała i pisała dalej ;*

~~ Aktualizacja 23.04.2009r ~~
Mała zmiana koloru czcionki :) mam nadzieję, że na lepsze, teraz się powinno o wiele łatwiej czytać ;)

====================================

Rozdział I: Nowa tożsamość

Przyglądała się z ślizgonowi z obrzydzeniem myśląc o tym, że w przyszłości miałaby zostać jego żoną, w dodatku nie tak dalekiej przyszłości! Został im raptem jeden rok, a póki co w jej głowie nie pojawił się żaden pomysł, jakby tu się od tego można by było wykręcić. Zastanawiała się, czy rzeczywiście jej ‘ojciec’ byłby w stanie ją do tego zmusić, do poślubienia człowieka, do którego nie czuła nic prócz nienawiści.
Speszona odwróciła głowę, gdy zauważyła, że Malfoy również się jej przygląda, w tym momencie na jego twarzy pojawił się kpiarski uśmieszek. Ku jej rozpaczy, w jego spojrzeniu nie pozostało już nic z tego obrzydzenia, którego do tej pory nigdy jej nie skąpił. Jednak nie było się czemu tak na prawdę dziwić, skoro było to spowodowane głównie jej pochodzeniem i tym, że przyjaźniła się z Harrym Potterem.
- Może to uczcimy? – zaproponował przechadzając się po pomieszczeniu.
- Tobie to nie przeszkadza? – zapytała z niedowierzaniem.
- Co?
- Och, nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi! – żachnęła się.
Chłopak uśmiechną się z nieukrywaną satysfakcją, gdy zauważył na jej twarzy zdenerwowanie, może nawet coś więcej. Strach? Obawę? Spojrzał w jej orzechowe oczy, jednak z nich nie potrafił nic wyczytać. Zaczął się jej dokładniej przyglądać, od góry do dołu i z powrotem, niemalże rozbierając ją wzrokiem. Lubił wzbudzać w ludziach silne uczucia, jakkolwiek by one nie były, wiedział też bardzo dobrze, że wychodzi mu to znakomicie, tak jak na przykład teraz.
Rzecz jasna nie zamierzał jej nic zrobić, w szczególności skrzywdzić. Tu nie chodziło już tylko o to czyją była córką, ale także to, że nie leżało to w jego naturze. Aczkolwiek zastanawiał się w tym momencie nad jedną jej reakcją, którą zamierzał sprawdzić...
- Wiesz... - zaczął chodzić dookoła niej - mi to jest całkowicie na rękę - wymruczał jej do ucha. Poczuła się strasznie dziwnie, czując że jest tak blisko.
- Że co?!
- Przecież jest wiele powodów – na jego ustach znowu wykwitł kpiarski uśmiech.
- Wymień chociaż jeden!
- Hmm... - podszedł do niej bliżej, a ona o taką samą odległość się odsunęła - proste! Jesteś córką najpotężniejszego czarnoksiężnika - znowu podszedł do niej kilka kroków, a ona chcąc się cofnąć poczuła, że jest już pod samą ścianą. – Dzięki temu też nie będę się musiał żenić z Pansy Parkinson. Ani to ładne, ani szczególnie mądre, więc konieczność spędzenia z nią większej części życia, nie napawała mnie szczególnym optymizmem.
- A co to ma do mnie? – fuknęła szukając przy okazji sposobu na wydostanie się z tej sytuacji.
- No wiesz... mądra to ty na pewno jesteś, a pewnie jakbyś czasem coś ze sobą zrobiła to i ładna byś była – uśmiechną się drwiąco.
Spojrzała na niego z oburzeniem. Jak on śmiał wypowiadać się na jej temat i to w dodatku w taki sposób!
- Ale widzisz... ona jest na każde twoje skinienie palcem, a możesz mieć pewność, że nawet jak będę zmuszona cię poślubić, to ja taka nie będę.
Drogę jej planowanej ucieczki zasłonił ręką, opierając się o ścianę za Hermioną, nachylił się przy tym jeszcze bardziej w jej stronę.
- To mi nie akurat nie przeszkadza – mówił powoli i bardzo spokojnie, nie ujawniając żadnych emocji – wręcz przeciwnie! – wsłuchiwał się jak jej oddech stopniowo coraz bardziej przyśpiesza. – Nawet nie wiesz jakie to potrafi być męczące, jak trzeba się namęczyć, żeby się jej pozbyć z pola widzenia – dodał znudzonym głosem.
Zapanowała cisza, pośród której było słychać jedynie jej przyśpieszone bicie serca, które za nic nie chciało jej słuchać i się uspokoić, a już kompletnie zaczęło wariować, gdy przysunął się jeszcze bardziej. Momentami brakowało jej tchu, oddychała niespokojnie – szybko i płytko, w przeciwieństwie do jego spokojnego i głębokiego oddechu.
Nagle poczuła jego usta na swoich. On ją całował! Znowu! Nie chciała tego! Chciała tylko i wyłącznie Harry’ego! Poza tym, to jest przecież Malfoy. To, że miała zostać jego żoną, nie zmieniało faktu, że ciągle go nienawidzi! Mimo tego, iż dobrze wiedziała, że nie ma z nim żadnych szans, zaczęła się szarpać, może liczyła na to, że da sobie spokój, zostawi ją i pójdzie.
Jednak on na jej szarpaniny nie zwracał uwagi, jedyną jego reakcją było to, że przywarł do niej jeszcze bardziej napierając na ścianę. W końcu dała za wygraną. Nie przewidziała jednak tego, że jej ciało zacznie ‘żyć własnym życiem’. Na wpół świadomie zaczęła oddawać jego pocałunki, pomału zachowując się niemal tak gwałtownie jak on.
Wszystko inne, na ten jeden krótki moment przestało istnieć. Ocknęła się z tego dziwnego transu, gdy zorientowała się, że nie ma już na sobie bluzki, a jej ręce nieświadomie rozpięły do końca jego koszulę, prawie już ją z niego ściągając.
- „Co się ze mną dzieje?!” – krzyczała sama do siebie w myślach. – „Co ja wyprawiam?”
Korzystając z jego nieuwagi, wydostała się z jego uścisku i odskoczyła gdzieś na bok, znalazłszy się od niego wystarczająco daleko.
- Wyjdź stąd!
- A co zrobisz jak nie wyjdę? – zapytał wpatrując się w nią bardzo intensywnie, nie ruszając się jednak nawet o krok z miejsca.
- Radziłabym ci się nad tym zastanowić za drzwiami tego pokoju. Sadzę, że jednak mimo wszystko nie chcesz ściągnąć na siebie czyjegoś gniewu.
Zrozumiał co miała na myśli, jednak tak naprawdę nie miał zamiaru już nic robić, bo tak po prawdzie tylko o to mu chodziło. Po prostu był ciekawy jej reakcji i szczerze powiedziawszy wcale go nie zaskoczyła.
- Także proszę cię jeszcze raz, bardzo grzecznie o wyjście z mojego pokoju – tym razem, ku jej zadowoleniu, udało się jej zachować spokój, pomimo swojego niekompletnego stroju, bo ciągle z górnej garderoby posiadała na sobie tylko stanik. Otworzyła mu drzwi.
- Do zobaczenia kotku, będzie na to jeszcze bardzo dużo czasu – przechodząc koło niej, przejechał opuszkiem palca po jej policzku, po czym zniknął za zamykającymi się za nim drzwiami.
Spojrzała na zegarek i jęknęła, gdy zauważyła, że już dawno minęła pora obiadowa, a do kolacji jeszcze dużo czasu. Nie miała co robić, bo skoro nie było żadnych lekcji to nikt nie miał jak zadać im jakiegoś zadania domowego, a to co było zadane na wakacje już dawno zrobiła. Czyli po prawdzie nie miała czym się zająć, aby odciągnąć się od tych wszystkich myśli. Zastanawiała się czy Ginny także się od niej odwróciła, ale skoro nawet Harry... To na co innego mogła liczyć?

***

Pomyślała, że w końcu nadszedł koniec tego okropnego dnia. Weszła do sypialni, teraz miała tylko nadzieję, aby sen przyszedł szybko, a jutrzejszy dzień miną jeszcze szybciej.
Dopiero po chwili zauważyła leżący, zapewne od rana, egzemplarz Proroka Codziennego. Właściwie niczego innego nie mogła się spodziewać, jak swojego zdjęcia z Tiarą na głowie, a do tego donośny nagłówek na pierwszej stronie: HERMIONA GRANGER CÓRKĄ SAMI-WIECIE-KOGO!!!

Wczoraj wieczorem na corocznym uroczystym przydziale nowych uczniów do ich domów (przyp. Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuf i Slytherin) wydarzyło się coś, co do tej pory nigdy nie miało miejsca w długowiecznej historii Hogwartu, a mianowicie Hermiona Granger po raz drugi, z niewiadomych nam przyczyn, przystąpiła do ceremoniału nadania domu.
Tiara Przydziału przy wszystkich zebranych orzekła iż owa uczennica jest córką Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Wszystkich ogarnął strach, gdy rozeszły się te informacje, rodzice żyją w trwodze, czy ich dzieci są bezpieczne? „Czy powinna ciągle uczęszczać do tej szkoły?” – zapytaliśmy Lucjusza Malfoya. „Ależ oczywiście, każdy powinien mieć dostęp do godziwej edukacji, a izolując ją od reszty społeczeństwa możemy jedynie popchnąć ją do jakiś czynów” – odpowiedział. „A nie powinno się jej zamknąć w Azkabanie?” – kolejne pytanie. „Tylko dlatego, że jest jego córką? Bo przecież nic nie zrobiła, tak jak wszystkie nasze dzieci jest normalną uczennicą, a z tego co wiem, to wręcz wybitną. Byłoby wielką szkodą blokować możliwość rozwoju takiej osobie, tylko ze względu na pochodzenie”. Niestety więcej pytań nie daliśmy rady zadać, ponieważ Pan Malfoy śpieszył się na spotkanie. Mamy nadzieję, że...


Dalej nie była już w stanie czytać. Już i tak cała kipiała ze złości. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego dla wszystkich było jasne, że miałaby w przyszłości połączyć się ze swoim ojcem w szerzeniu zła. Przecież to było niedorzeczne! Przecież charakter i przekonania człowieka nie zmieniają się od tak, tylko i wyłącznie z powodu poznaniu prawdy o swoim pochodzeniu, a raczej o tym kto jest jednym ze sprawców jej pojawienia się na tym świecie.
Cisnęła gazetą gdzieś w kąt pokoju. Zdawała sobie sprawę, że z gazetą mogła zrobić wszystko - rozszarpać, spalić, cokolwiek - to jednak wobec całej tej sytuacji była totalnie bezradna. Przecież nie jest w stanie przemówić do kilkudziesięciu milionów społeczeństwa czarodziei! Pozostało jej czekać. Czekać aż wszystko przycichnie, większość zapomni i zajmie się dniem codziennym.

***

Naszykowała sobie wszystkie rzeczy przydatne do kąpieli w łazience prefektów, pomimo że mogła skorzystać z tej w jej pokoju, to jednak wolała skorzystać z tamtej. Zawsze mogła się tam odprężyć, szczególnie lubiła zapach jednego płynu. Delikatnie truskawkowy z czymś jeszcze, ale nigdy nie mogła rozszyfrować co to jest to „drugie”. Tak więc poszła, z nadzieją, że może tym razem wyczuje.
- Ty... Ty... gnido! – ledwo wyszła z wieży Slytherinu wyskoczyła przed nią Parkinson cała trzęsąc się ze złości. – Masz to odkręcić! Przez ciebie ja i Dracuś się nie pobierzemy! A on tak na to liczył, tak na to czekał!
Hermionę w pierwszym momencie zatkało. Co jest do cholery? – pomyślała patrząc na Pansy z wypisaną rządzą mordu na twarzy. Dopiero po kilku pierwszych sekundach, kiedy w głowie panował szok, przyszło rozbawienie i chęć takiej drobnej zemsty, może nie koniecznie Pansy była temu winna, ale przynajmniej na niej mogła się wyżyć. Poza tym, przecież nie powie nic co by się mijało z prawdą...
- A kto ci takich bajeczek naopowiadał, że niby nie mógł się doczekać? – jej nagły atak śmiechu zaskoczył nawet ją samą.
- Jak to kto?! On sam! Nawet jeszcze...
- Słuchaj „maleńka” – przerwała jej w pół zdania – w twojej głowie powstała jakaś udoskonalona wersja Malfoy’a. Bo tak po prawdzie on wcale nie chciał się z tobą żenić, jesteś tylko i wyłącznie tłukącym się za nim ciężarem, wręcz cieszył się, że ma w końcu wymówkę. Mogę powiedzieć więcej, wręcz przerażało go spędzenie z kimś takim jak ty resztę swojego życia „ani to ładne, ani szczególnie mądre” – dała jej do zrozumienia, że go cytuje.
- To nie prawda! – prychnęła. – Jeszcze dziś o tym z nim rozmawiałam!
- No wiesz... może puki co mu z tym dobrze, przynajmniej jak mu się chce, to daleko panienki szukać nie musi – uśmiechnęła się złośliwie. – Wiesz, taka seksualna zabaweczka.
W oczach ślizgonki zaszkliły się łzy. Nie mogła, a wręcz nie chciała w to uwierzyć. Poza tym skąd ona mogła coś takiego wiedzieć! Obie usłyszały czyjeś kroki, czyjś chichot, męski chichot. Obie odwróciły się w stronę osobnika, wiedziały kto idzie, a także i to, że słyszał całą „rozmowę”.
- Dracuś! Kochanie! – rzuciła się w jego ramiona. – Co ona wygaduje? Powiedz, że to nie prawda – patrzyła na niego błagalnym wzrokiem.
To mogła być jedna okazja na milion, aby się w końcu od niej uwolnić, a niestety do tej pory miał jakieś wewnętrzne pohamowanie, żeby jej samemu to powiedzieć, sam nawet nie wiedział czemu. A tu oto, Hermiona Riddle, umożliwiła mu to po najmniejszej linii oporu, wystarczy że potwierdzi to co przed chwilą powiedziała.
- Ale ona ma rację – ironiczny uśmieszek pojawił się na jego ustach, jak to zwykle miał w zwyczaju. – Widzisz, jakoś tak wyszło, że jesteś upierdliwym dzieckiem, którego się nie da znieść, a czasem ma się wręcz myśli mordercy lub samobójcy.
- Ty tak mówisz, bo to córka Czarnego Pana... musisz potwierdzać co ona mówi – odsunął ją w końcu od siebie, po jej policzkach spływały łzy, na końcu rozpryskując się lekko na posadzce.
- Nie, ja po prostu taki jestem, a to że ty cały czas sobie mnie idealizowałaś, to już nie mój problem...
Właściwie chciał jeszcze coś dodać, ale jej już nie było. Biegła cała zapłakana w głąb ciemnego korytarza, dopiero gdzieś w jego dalszej części było widać jarzącą się pochodnię, która po chwili tak jak pozostałe dopaliła się i... zgasła.
- Dziękuję ci bardzo, najwyraźniej dzięki tobie w końcu pozbyłem się jej na dobre – westchnął z wyczuwalnym samozadowoleniem. – Aczkolwiek fakt faktem, że pozbawiłaś mnie na dzisiaj rozrywki – spojrzał się na nią wymownie.
- Ha! Nawet o tym nie myśl – posłała mu mordercze spojrzenie. – Zresztą wystarczyło zaprzeczyć i powiedzieć, że nie mam racji.
- Ale wtedy bym się jej już na pewno nie pozbył do końca szkoły przynajmniej – wykrzywił usta niezadowolony z takiej perspektywy.
- W takim razie trzymaj się, ja się idę kąpać do łazienki prefektów, na razie – machnęła mu ręką i już jej nie było.

***

Quiditch, do tej pory, tak bardzo znienawidzony, zresztą jak każdy sport, w dodatku tak brutalny i niebezpieczny sport, bo ile to razy się zdarzyło, że ktoś spadł z miotły i na bardzo długi czas, często kilka tygodni, wylądował w szkolnym Skrzydle Szpitalnym, a już nie wspominając o przypadkach ze światowych rozgrywek...
I właśnie pomimo swojej niechęci do tego sportu szła przez błonia w kierunku boiska, gdzie właśnie mieli trening jej przyjaciele, czyżby już tylko „byli” przyjaciele. Niestety nie potrafiła sobie tego odmówić, żeby chociaż na nich popatrzeć. Popatrzeć na Harry’ego, który w tym roku został kapitanem drużyny. Usiadła gdzieś w dalekich zakątkach trybun, tak żeby z boiska nie było jej widać albo przynajmniej żeby nie było widać, że to ona.
Dopiero teraz, gdy Harry i Ron podlecieli na miotłach do trybun, zauważyła dwie dziewczyny siedzące z samego przodu, w przeciwieństwie do niej nie kryjące się ze swoją obecnością, wręcz odwrotnie – głośno do nich krzyczały i wymachiwały rękoma. Tą z lewej od razu poznała, była to Padma Patil, dziewczyna Rona, wręcz uwielbiała quiditch, tak więc przez wakacje, gdy spotykała się z Ronem, ten uczył ją grać na swoim podwórku.
A co do drugiej dziewczyny, miała pewne wątpliwości. Przypuszczała, że to ta nowa, która niedawno wraz z bratem przepisała się do Hogwartu. Oboje pochodzili z Hiszpanii. Była ładna, wręcz bardzo ładna. Śniada karnacja, ciemne wręcz czarne włosy z jasnymi pasmami pociągniętymi przez całą długość i oczy, ciemno-brązowe, ciemniejsze mogłyby być chyba tylko czarne. Próbowała przypomnieć sobie jej imię, jednak za nic jej to nie chciało wyjść...
- Harry! - zawołała ciemnooka i pomachała mu radośnie, a on uśmiechnął się do niej promiennie.
- Natalie! Jak się cieszę, że udało ci się przyjść – uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy schodził z miotły, a w jego ślady poszedł również Ron.
Przez chwilę myślała, że to są jakieś jej omamy wzrokowe, że to nie dzieje się naprawdę. Harry po krótkiej wymianie zdań z ową pięknością zaczął się najpierw do niej tulić, a potem całować. Nie wiedziała co nią kierowało, ale nagle po chwili znalazła się koło zajętej sobą parki. Kiedy tylko na chwilę się od siebie odkleili, jej ręka nie przez nią kierowana, wymierzyła mu policzek. Czuła się tak jakby ktoś wyją ją z jej własnego ciała, nie potrafiła nad nim zapanować, nad swoimi reakcjami.
- A mówiłeś, że kochasz... że nigdy nie zapomnisz! - Ledwo powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć płaczem. – Teraz widzę ile dla ciebie jest miłość warta – podniosła rękę, chciała jeszcze raz go uderzyć, lecz on złapał jej rękę w połowie ruchu.
- Może i kochałem, ale to było dawno temu – puścił jej rękę, która opadła bezwładnie wzdłuż jej tułowia. Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec. Biec jak najszybciej, aby znaleźć się jak najdalej od nich.
- Kto to był? - zapytała Natalie.
- Moja była dziewczyna - odparł obojętnym tonem wciąż masując policzek. - Hermiona Riddle - dodał po chwili jednocześnie akcentując jej nazwisko i krzywiąc się przy nim.
- Oh! - wyrwało się dziewczynie i spojrzała z przerażeniem w miejsce, gdzie znikła przed chwilą ślizgonka. - Nie wiedziałam...
- Jak mogłaś wiedzieć, jak się tu przepisałaś dopiero w połowie września - uśmiechnął się do niej Harry i przytulił.

Hermiona biegła przez błonia, jednak z czasem zaczęła zwalniać, aż w końcu szła lekko przyśpieszonym tempem. Przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie płakać przez nikogo, jednak w tym momencie łzy spływały po jej policzkach obficie. Nie potrafiła inaczej, Harry był dla niej kimś... kimś więcej niż najlepszy przyjaciel, czy chłopak, dla niej był idealnym połączeniem tych dwóch osób. Czemu nie potrafiła o nim zapomnieć tak jak on o niej zapomniał? Tego nie wiedziała, nie potrafiła, a nawet pewna jej część nie chciała...
Zaczął wiać wiatr, niebo zaczęły przykrywać deszczowe chmury, zbierało się na ulewę. Stanęła nagle przy jeziorze, spojrzała w jego kierunku. Jedna krótka myśl. Nie panowała nad swoimi nogami, które zaczęły prowadzić ją w stronę wody, nawet nie próbowała. Po prostu szła. Postawiła pierwszą nogę, druga podążyła za pierwszą. Po chwili była już w połowie zanurzona, jednak się nie zatrzymywała.
Ponoć tuż przed śmiercią widzi się obrazy z całego życia, liczyła że chociaż to nie będzie aż tak bolesne, że po prostu to się stanie i tyle. Jeszcze tylko kilka kroków i już się cała zanurzy, a po niej samej zostanie tylko wspomnienie i martwe ciało. Jej mózg z powodu zimna coraz wolniej pracował, coraz mniej bodźców do niej docierało. Czuła tylko błogą pustkę i nic więcej. Powieki same zaczęły się zamykać. Nie było już nic...
Straciła przytomność.

komentarze [20]





Tytuł : Rozdział I: Nowa tożsamość part 1
Data : czwartek, 26 marca 2009
Godzina : 15:20:53
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [4]


Tak oto nadszedł dzień reaktywacji mojego bloga! Postanowiłam przy okazji reaktywować coś co już kiedyś pisać zaczęłam, ale szło mi to okropnie kalecznie ;) Wszystkim życzę miłego czytania ;)

P.S. Proszę o komentarze, muszę wiedzieć co o tym wszystkim sądzicie.


====================================


Rozdział I: Nowa tożsamość


Hermiona stoi nad Voldemortem i celuje w niego różdżką, w jej głowie układa się już złowrogie zaklęcie, które miałoby go zabić, kiedy on przemówił: "Zabijesz własnego ojca?" - spojrzała na niego z przerażeniem.

Obudziła się cała zlana potem, ledwo powstrzymując się od krzyku. Rozejrzała się po pokoju, nie była we własnym domu. Od zeszłych wakacji, razem z Harrym, Ronem oraz Ginny, ostatnie dwa tygodnie spędzała w siedzibie Zakonu, w domu przy Grimmuauld Place 12 w Londynie. Pokój oczywiście dzieliła z Ginny, a ona całe szczęście miała bardzo mocny sen, więc, gdy Hermiona spojrzała na dziewczynę ta spała w najlepsze pomrukując coś przez sen, jak to miała w zwyczaju. Usiadła i napiła się wody ze szklanki, która jak zwykle stała na szafce nocnej przy jej łóżku.
Ciągle rozmyślając o swoim śnie, który nawiedzał ją już od jakiegoś czasu przysiadła na oknie, przez które do pomieszczenia wlewało się delikatne światło księżyca, wokół którego błyszczało pełno gwiazd. Noc była piękna, całkowicie bezchmurna.
Usłyszała cichy szelest, jednak ten na pewno nie pochodził z wnętrza domu, więc spojrzała w dół przez okno. Krzaki delikatnie się poruszały, jednak nie było to spowodowane wiatrem. Pomyślała, że to pewnie całe zamieszanie powodują jakieś koty, może nawet jest to Krzywołap. Po dłuższej chwili na powrót się położyła, całe szczęście szybko zasnęła i tej nocy już nic się jej nie śniło.


***


- Harry! Ron! - krzyknęła pod drzwiami chłopaków, chyba za głośno w nie pukając.
- Co jest?! - rozległy się zaspane, pełne oburzenia jęki.
- Muszę z wami pogadać! - krzyknęła.
- No, dobra... tylko pozwolisz, że się ubierzemy - zawołał Harry.
- Tylko szybko! - zawołała. - Będę czekała w salonie - dodała, po czym się tam udała.
- Nooo dooobra, ooo coo chooodzi? - zapytał Ron ziewając.
- Miałam dziwny sen - zaczęła, a oni spojrzeli na nią jakby rozmawiali z wariatką.
- To ty nas budzisz tylko po to, aby powiedzieć o jakimś głupim śnie?! - zaprotestował Ron, a ona obdarzyła go morderczym spojrzenie, więc od razu zamilkł.
- To nie był taki zwykły sen - odparła. - Całkowicie inny - opowiedziała im wszystko. – Poza tym powtarza się każdej nocy, chciałam wam o tym wcześniej powiedzieć, ale...
- Ale o co ci chodzi? To tylko zwykły koszmar - mruknął na pocieszenie Harry.
- Zwykły koszmar?! - oburzyła się. – Co noc nawiedza mnie Voldemort, mówiący, że jestem jego córką! –po jej policzku spłynęła jedna samotna łza.
- Nie płacz - mruknął Harry i przytulił ją do siebie.
- A co jeśli to się okaże prawdą?! - załkała.
Nie był do końca pewien co ma zrobić, gdy ta wtuliła się w jego ramię, zakrywając resztę twarzy burzą loków. Pogłaskał ją po nich, po czym delikatnie pocałował ją w czubek głowy. Poczuł jak zaczęła się uspokajać.
- Jak tak bardzo się tego boisz, to jak pojedziemy do szkoły możesz pogadać z Dumbledorem, on na pewno znajdzie jakieś wyjaśnienie dla tego – pocałował ją w policzek, gdy właśnie podniosła w końcu głowę i na niego spojrzała. – Będzie dobrze.
- Harry! Hermiona! - do pokoju weszła pani Weasley, na której twarzy widać było wielkie zmieszanie.
- Mamo, mówiłem ci żebyś tu nie wchodziła – Ron podszedł do niej z bułką w ręce. Nawet nie zauważyli, kiedy wcześniej wyszedł i zostali sami.
- Chyba miałeś rację - odeszła mrucząc pod nosem, jak to te dzieci szybko rosną.
Przyjaciele spojrzeli na siebie z rozbawieniem, czekając z wybuchem śmiechu aż pani Weasley znajdzie się na tyle daleko, żeby tego nie słyszeć. W końcu zebrali się i poszli na śniadanie, na które, zapewne, chciała ich zawołać mama Rona.
Wszyscy głośno rozmawiali i śmiali się, jak to zwykle było na śniadaniach w tym domu. Rozchmurzenie Hermiony niestety trwało tylko chwilę, bo teraz siedziała przygaszona znowu myśląc o tym co będzie jak to się stanie prawdą, czy ci wszyscy ludzie się od niej odwrócą? Czy wtedy przeniosą ją do Slytherinu i wszystkie przyjaźnie odejdą w zapomnienie? Czy Harry, jej ukochany, też się od niej odwróci?


***


Trójka przyjaciół po raz ostatni, nie licząc wyjazdów na ferie wsiadali do pociągu Londyn-Hogwart. W tym roku zdają OWUTEMY, a potem każdy zaczyna swoje własne życie osobiste i zawodowe. Zastanawiali się czy ich przyjaźń będzie równie silna, jak dotychczas.
- Panno Granger - dziewczyna usłyszała za sobą opiekunkę Gryffindoru, kiedy byli już na stacji w Hodsmead.
- Dzień dobry, pani profesor - przywitali się.
- Proszę za mną - zwróciła się do przerażonej dziewczyny, która nie wiedziała o co chodzi.
Wsiadły do jednego z powozów i ruszyły w stronę zamku. Nigdy wcześniej nie było takiej sytuacji. Bała się, no bo co jeśli... w tym momencie nawet w myślach bała się o tym powiedzieć. Wsiadły do jezdnego z powozów i ruszyły do zamku, a potem jego korytarzami udały, jak się później okazało, do gabinetu dyrektora.
- Dzień dobry Hermiono - przywitał się jak zwykle z uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry profesorze! - odpowiedziała.
- Usiądź, proszę! - wskazał na miejsce na przeciwko siebie. - No, więc... - zaczął nieporadnie - dzisiaj rano, jak bawiłem się 'Uszami Dalekiego Zasięgu' - McGonagal pokręciła głową z niedowierzaniem - i przez przypadek - kontynuował niczym nie zrażony - usłyszałem o czym rozmawialiście, ty, Harry i Ron.
- Chodzi o mój sen? - zapytała.
- Tak. Wiem, że mogłem o tym z tobą porozmawiać jeszcze przed wyjazdem, ale szczerze mówiąc nie wiedziałem jak się za to zabrać i dopiero teraz wpadłem na pewno rozwiązanie.
Patrzyła się na niego w milczeniu, nie miała zielonego pojęcia, jak Dumbledore ma zamiar to rozwiązać.
- Może zacznę od początku – zaczął. – Kilka lat temu, właśnie gdy na świat przyszedł wasz rocznik, Voldemortowi urodziło się dziecko, nikt nie znał płci, znaczy się nikt kto by o tym powiedział. W każdym bądź razie nikt nic nie wiedział o dziecku poza tym, że ono jest. Już wtedy domyślałem się, że Voldemort zadbał o to, aby nikt nie mógł dziecka znaleźć i rzucił na nie odpowiednie zaklęcia, a także zostawił przy kimś, kto nie będzie wzbudzał żadnych podejrzeń - westchnął. – Dlatego też prosiłbym Cię, abyś założyła dziś Tiarę wraz z pierwszorocznymi.
- No dobrze, chyba nie mam innego wyboru – uśmiechnęła się blado. – Ale nie dałoby się tak... żeby nie przed całą szkołą?
- Niestety nie, w moim gabinecie Tiara jedynie by z tobą ‘porozmawiała’, ale nie doszłoby do pełnoprawnego orzeczenia – powiedział ze współczuciem, domyślał się, że oczy wszystkich skupią się właśnie na niej.
Cała trójka wyszła z gabinetu dyrektora i udali się do Wielkiej Sali, pod którą stali już wszyscy pierwszoroczni.
- Za mną! - rozkazała McGonagal, kiedy drzwi się otworzyły.
Weszła do środka, a za nią pozostali. Hermiona czuła na swoim karku setki zaciekawionych spojrzeń, słyszała szepty podniecenia i zdziwienia. Od czasu do czasu było słychać szydercze wyzwiska ze strony ślizgonów.
Było to okropne uczucie, po raz drugi stać na środku sali i czekać na swoją kolej. Nie dość, że trzeba czekać aż Tiara zaśpiewa jak co roku swoją piosenką, to miała tego pecha, że McGonagall wywołała ją dopiero na końcu.
- O, znowu się widzimy - zawołała Tiara, kiedy wylądowała na głowie dziewczyny. - Masz wątpliwości co do swojego pochodzenia? - powiedziała już trochę ciszej, ale nadal słyszalnie dla wszystkich. - Hmm... co my tu mamy? - zastanowiła się chwilę. - Oh, tego tu wcześniej nie było! - wykrzyknęła, a w jej tonie było słychać drżenie.
- Czego nie było? - spytała przerażona Hermiona.
- Ty... ty... - zawahała się czy może to powiedzieć - jesteś córką Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Przez całą salę przebiegły pomruki zdziwienia, a także przerażenia, tylko stół przy którym siedzieli ślizgoni panował całkowity spokój.
- J-jak to – zająknęła się.
- Ja tego nie wiem! - odparła Tiara.
- Czy dalej będę należała do Gryffindoru? - spojrzała na swoich przyjaciół, którzy byli biali jak papier.
- Nie! Do Slytherinu! - wykrzyknęła.
Nie! Nie! Nie! To jest przecież nie możliwe! To jedna wielka pomyłka.
Później widziała już tylko ciemność. Zemdlała. Harry niemal natychmiast zerwał się z miejsca, a w ślad za nim poszła pielęgniarki i razem poszli, Harry z Hermioną na rękach, do skrzydła szpitalnego.


***

Nie mogła w to uwierzyć. Cały czas miała nadzieję, że to jakiś senny koszmar, z którego się zaraz obudzi, a gdy minie pierwszy szok, sama będzie się z niego śmiała. Szczęściem w nieszczęściu było to, że dostała pokój tylko dla siebie, przynajmniej nie musiała patrzeć na tych wszystkich ludzi, na ślizgonów, których z całego serca nienawidziła, zresztą z wzajemnością, przecież do tej pory była zwykłą „szlamą”, imitacją czarodzieja.
Położyła się na łóżku w sypialni. Zaczęła sobie wszystko po kolei przypominać, miny jej przyjaciół siedzących przy stole Grffindoru, ich pobladłe twarze. Chciała się zobaczyć z Harrym, miała nadzieję, że to nic nie zmieni między nimi, że dalej będą razem, a Ron i Ginny ciągle pozostaną jej przyjaciółmi, przecież tak naprawdę się nie zmieniła! To tylko jej ojciec, z którym nie ma nic wspólnego, którego tak samo nienawidzi z całego serca jak parę godzin temu, kiedy jeszcze o niczym nie wiedziała.
Podniosła głowę by wyjrzeć za okno. Oczywiście nie mogła się niczego innego spodziewać, niemalże nic nie było widać, w końcu jej pokój był położony na parterze. Jedyne co było jej dane zobaczyć, to ciągnące się przed oknem błonia i krawędź lasu, gdzie stał domek Hagrida.


***


Dziewczyna przetarła oczy ręką, ziewnęła i rozejrzała się po pokoju. Przez okno wlewały się promienie wschodzącego słońca, które było ledwo widać z jej okna. Niestety najwyraźniej to wszystko nie było tylko snem, to się działo tu i teraz, a najgorsze było to, że nie miała na to wpływu.
Prawie godzinę spędziła w łazience, po czym się ubrała i udała się do Wielkiej Sali na śniadanie, ale poza nią nikt jeszcze nie przyszedł, bo komu by się chciało wstawać o 7 godzinie rano w sobotę, kiedy można leniuchować do woli.
Nałożyła sobie trochę jajecznicy, tosty posmarowała masłem, a do szklanki nalała sobie soku dyniowego. Jadła w spokoju, kiedy nagle usłyszała pohukiwanie sowy, podniosła wzrok, w jej kierunku leciał ciemno brązowy puchacz z sygnetem na prawej nóżce. Hermiona spojrzała na nią zdziwiona, bo nie spodziewała się od nikogo listu. Sowa dumnie wylądowała na jej ramieniu i wystawiła lewą nóżkę, do której był przywiązany list.

Dowiedziałem się wczoraj, że należysz do Domu Węża, do którego i ja należałem wiele lat temu. Pamiętaj, że od teraz oficjalnie nazywasz się Hermiona Riddle, noś te nazwisko dumnie i pamiętaj, aby go nie splamić!

List był podpisany mrocznym znakiem, ale nawet jakby go nie było od razu domyśliłaby się od kogo jest ten list. Nie sądziła jednak, że nawet kiedy dowie się, że jest jego córką to się w jakikolwiek sposób tym zainteresuje. Jeszcze raz spojrzała na ostatnie zdanie. Prychnęła. Co on sobie myśli do cholery – pomyślała. To, że z dnia na dzień stał się oficjalnie jej ojcem, to dla niej nie miało żadnego znaczenia. Bardzo dobrze też wiedziała co miał na myśli pisząc o dumie i nie plamieniu nazwiska, czyżby myślał, że go posłucha? Że przestanie zadawać się z Harrym i wszystkimi swoimi przyjaciółmi? Jeśli tak rzeczywiście myślał, to był w wielkim, ale to bardzo wielkim błędzie!
Zostawiła resztki swojej jajecznicy, ponieważ do sali zaczęli się schodzić masowo wszyscy uczniowie, dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo się zamyśliła i na ile czasu odleciała od świata żywych.
Szła przyśpieszonym krokiem nie patrząc gdzie idzie, gdy w pewnym momencie w coś lub kogoś dobiła. Podniosła wzrok, to był Malfoy, który jak zwykle na twarzy miał ten drwiący uśmieszek.
- Granger, patrz gdzie leziesz? - powiedział.
Prychnęła tylko i już chciała odejść, jakoś nie miała nawet ochoty na sprzeczki z nim.
- Przepraszam, teraz jesteś Riddle - zaśmiał się drwiąco. – Ciekawe jak tam twój luby przetrawił tą informację – powiedział zastawiając jej drogę.
- Możesz się odsunąć?! - warknęła. – Jakoś nie mam ochoty na rozmowy z takim cepem jak ty, który widzi tylko siebie.
- Nie, widzisz, skoro już nie jesteś szlamą, to doszedłem do wniosku, że wcale nie jesteś taka zła – odparł, nachylając się i przyciągając ręką jej twarz bliżej swojej
- Weź hamuj się! – odtrąciła jego rękę. Przy okazji obmyślając jak tu się wydostać z tej sytuacji.
- Bo co?!
Draco kątem oka dostrzegł schodzącego po schodach Harry’ego, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, jednym gwałtownym ruchem przyciągną ją do siebie i pocałował, swoją drogą zawsze chciał się przekonać jak to się ona całuje. Cały czas obserwował jak gryfon zatrzymuje się w połowie kroku z oczami wytrzeszczonymi z szoku. Szczerze powiedziawszy dopiero po chwili wyczuł, że Hermiona bardzo się przy tym wszystkim szamocze i próbuje wyrwać. Zastanawiało go jednak jej (chyba) nieświadome oddawanie tych pocałunków.
W końcu po chwili zdała sobie jednak sprawę, że nie ma z nim siłowo szans.
- Co ty robisz? - usłyszała za plecami głos swojego chłopaka.
Ślizgon przez chwilę pomyślał, aż w końcu wpadł na, jego zdaniem, genialny pomysł.
- Jeśli to mnie się pytasz, to całuję się ze swoją przyszłą żoną.
- Że co?! – Hemiona spojrzała na niego jak na kompletnego debila. – Nigdy wżyciu bym za ciebie nie wyszła, choćby mnie wołami zaciągali!
- No cóż, sama się przekonasz kotku – zakpił i odszedł.
- Co tu się dzieje do cholery? - zapytał z wyrzutem.
- Nie mam pojęcia. Ja już wychodziłam, bo zjadłam, no i wpadłam na niego, a on nie wiem nawet czemu nagle mnie zaczął całować... - po jej policzku spłynęła jedna łza. Była zła nie tylko na niego za to, że zrobił jej coś takiego i to na oczach wszystkich, na oczach Harry’ego, ale także na samą siebie, bo nie miała w sobie dość siły, żeby go odepchnąć, żeby mu się wyrwać. I jeszcze to na końcu. Do cholery! Jaką przyszłą żoną?!
- No już dobrze - Harry przytulił ją do siebie.
- A gdzie Ron? – zapytała, nigdzie nie widząc przyjaciela.
- Pewnie poszedł po Padmę, bo jeszcze przed chwilą szedł za mną – odparł.
- O! Idą! - wskazała na idącego w ich kierunku rudowłosego chłopaka z ciemnowłosą dziewczyną.
- Cześć wam! - zawołali przybysze, ale gdy spojrzeli na Hermionę mieli dziwny wyraz twarzy, jakby coś było nie tak, no bo było...
- Gdzieś ty mi zniknął?! - zaśmiał się Harry z początku udając oburzenie.
- Musiałem się skoczyć po tę uroczą damę - zarechotał Ron, a Padma zrobiła się czerwona.


***


- Harry! - Hermiona chciała go pocałować, ale ten się odsunął. - O co ci chodzi? - zapytała zdezorientowana.
- Jeszcze się pytasz?! - z kieszeni wyciągną kartkę i zaczął jej machać przed oczyma, rozpoznała w niej list, który dostała przed paroma godzinami.
- Skąd to masz? - zapytała.
- Znalazłem i przeczytałem chcąc się dowiedzieć do kogo należy - odparł.
- Wiesz, że nie powinno się czytać cudzej korespondencji, o ile tym w ogóle to coś można nazwać – skrzywiła się.
- Wiesz co, powinniśmy sobie dać z tym spokój, nie mogę być z dziewczyną, która stanie po przeciwnej stronie - w oczach dziewczyny zaszkliły się łzy.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że mogłabym stanąć po JEGO stronie? Tylko dlatego, że okazało się, że jest moim ojcem?!
- Ależ zrozum, wszyscy dobrze wiedzą jak potrafi manipulować wszystkimi, a Ty jeszcze jesteś z nim spokrewniona, jemu to tylko ułatwia sprawę!
- Dla mnie to nic nie znaczy, bo ja kocham Ciebie! – krzyknęła. Jej oczy się zaszkliły od łez.
- Ja ciebie też, ale musisz to zrozumieć, nie mogę z tobą być... Nie mogę... Twój ojciec zabił moich rodziców! I pomimo, że wiem, że... że to zrobił on, a nie ty, to patrząc na ciebie ciągle go widzę i zastanawiam się, czy gdybyś od zawsze wiedziała, że jest twoim ojcem, czy byłabyś taka jak on – to ją zabolało, wstrzymała oddech. Liczyła, że chociaż on zostanie, że jego uczucia się nie zmienią, niezależnie od tego co się wydarzy. – Poza tym to co powiedział Malfoy dzisiaj, ta myśl...
- Jak chcesz! - krzyknęła ze złością, nie dając mu dokończyć. – Sądziłam, że chociaż dla Ciebie to nie będzie miało tak dużego znaczenia!
Odwróciła się na pięcie, najpierw szła wolnym krokiem, lecz po chwili zaczęła biec, a z oczu ciekły jej łzy. Nie zwracała na nikogo i na nic uwagi, nie wiedziała nawet gdzie biegnie, gdy nagle z czymś, albo kimś się zderzyła. Podniosła zapłakane oczy, nad nią stał nie kto inny jak Malfoy z tym swoim wrednym uśmieszkiem.
- Znowu ty... - spojrzała w jego stalowo niebieski oczy.
- Tak! Znowu ja! - warknęła wstając.
Rozejrzała się nie zwracając już na niego najmniejszej odwagi, była w lochach. Rzuciła jeszcze jedno nienawistne spojrzenie ślizgonowi i weszła do Pokoju Wspólnego, a zaraz potem udała się do swojego pokoju, aby móc w spokoju przemyśleć zachowanie jej i Harry'ego, który przez jeden głupi list ją rzucił, tak po prostu. A potem znowu ten Malfoy.
- Już nigdy nie dam się skrzywdzić żadnemu chłopakowi - przysięgła sobie. - Ani przez żadnego z nich nie będę płakała, będę silna i nie splamię mojego prawdziwego nazwiska! Skoro wszyscy tak dobrze to przyjęli, to czemu ja muszę to tak ciężko znosić.
Ktoś zapukał do jej pokoju.
- Kto tam?! - warknęła.
- Ja – ktoś odpowiedział zza drzwi.
- Czego chcesz?! – wpuściła go do środka. – Poza tym to możesz mi wyjaśnić co to miało być dzisiaj?
- Co? – udawał głupka.
- Ten pocałunek, a potem to hasło!
- A no właśnie, to jest przyczyna mojej wizyty.
- O, a na jaki temat?
- Wpuścisz mnie? - zapytał.
- No dobra, wejdź - mruknęła i odsunęła się od drzwi. - To o co chodzi? - zapytała.
- Hmm... kiedyś ojciec mi wyjawił, że Czarny Pan ma córkę - zaczął, a ona poczuła jakby w jej głowie właśnie coś wybuchło. - I mój ojciec razem z twoim ojcem uzgodnili między sobą, że ich dzieci, czyli my, po skończeniu szkoły mamy wziąć ślub - wydusił z siebie, a Hermiona spojrzała na niego jak na kosmitę, który dopiero co wylądował.
- Wiedziałeś o tym wcześniej... - zapytała siadając z wrażenia.
- No właśnie wczoraj dowiedziałem się, że chodziło o ciebie, tak samo mój ojciec - wytłumaczył.
- Ja nie mam zamiaru za ciebie wychodzić - prychnęła.
- Ale coś mi się wydaje, że będziesz musiała - odparł z zadowoleniem obserwując, jak dziewczyna się denerwuje.
- Nikt mnie do tego nie zmusi!
- Nikt?! - podniósł sugestywnie brwi.
- No, może jedna osoba - mruknęła ze zrezygnowaniem.


====================================


Mam nadzieję, że się podobało ;)


komentarze [4]





Tytuł : 36. Po latach...
Data : niedziela, 28 stycznia 2007
Godzina : 15:42:06
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [44]


Hmmm... na początek jak zwykle parę słów ode mnie...

Boże, jak tu dawno notki nie było, a trzeba przyznać, że notka już od dawna była gotowa, tyle, że nie na komputerze, jedną jej część miałam rzeczywiście już zapisaną na kompie, inną część na komórce (wiem, wiem... śmieszne, ale cóż bywa i tak :D), a resztę w zeszycie, wczoraj w końcu się sprężyłam i napisałam ostatnią część, ostatnią stronę tej notki do komputera...
Hmm... efekt, jaki jest sami się przekonacie czytając ją, nie wiem czy to będzie najlepsza, ale na pewno najdłuższa notka jaką w historii tego bloga napisałam i jestem z tego (nie ukrywam) bardzo dumna.
Wiem, że wiele razy obiecywałam, że już na dniach dodam notkę a tu lipa, nie miałam jakiegoś wewnętrznego kopa, który by mnie zachęcił do "pracy", do pisania i w sumie nie wiem co teraz spowodowało tego kopa, że wczoraj gdy usiadłam przy komputerze, przed moją klawiaturą, ściągnęłam z półki zeszyt i zaczęłam pisać... wiele rzeczy nawet nie było w zeszycie, a jednak znalazły się w efekcie końcowym, zresztą jak to zwykle u mnie, notka na końcu nigdy nie jest taka jaka miała być na początku...

Odkąd założyłam tego bloga minęły prawie dwa lata... jest to chyba jedyny mój blog z którym wytrzymałam tak długo (albo on ze mną - śmiech). Na początku było łatwo pisać, bo byłam początkująca i żadnych wymagań sobie nie stawiałam, jednak z czasem zaczęłam mieć wobec tego jak pisze coraz większe wymagania, uważałam że każda kolejna notka powinna być perfekcyjna...
Bleeee... po co ja wam to pisze, was i tak to nic nie interesuje, nawet tego co wam tu pisze nie przeczytacie tylko od razu pominiecie uwagi wzrokiem i "rzucicie się na pożarcie" opowiadania.

No dobra, koniec tego... tej mojej "przemowę" która zrobiła się przydługawa, zbędna, niepotrzebna, a poza tym na gadaczu dobijają się do mnie moje dwa kochane Zwierzątka domagające się o notencję, zaczynają nawet grozić, że zaraz będą gryźć...

No to kończąc moje zbędne komentarze zapraszam do czytania notencji, którą dedykuję oczywiście i jak zwykle moim Zwierzaczkom Żabie i Łośkowi :* :* :* :*

***Aktualizacja z dnia 06.02.2006 o godzinie 21.01***

No co ja mam tu powiedzieć, obiecywałam, że teraz zaczne pisać o ich córce Amelii, ale jakoś nie mam pomysłów (teraz pewnie wszyscy se myślą, że znowu odwalam 'maniany'), tzn... pomysł mam, wiem o czym chce pisać, jak zwykle o miłości, trudnej... tylko jakoś nie wiem jakie przeciwności losu mogłyby spotkać kogoś takiego jak Amelię, która w moim wstępnym określeniu postaci, jest osobą silną, wiedzącą czego chce, młodą osobą... (tylko nie pomidorami! xD) zastanawiam się czy nie zacząć pisać kolejnego opowiadania z serii Hermi&Draco... Draco&Hermi... ale to jeszcze nie jest pewne, bo nie mam na to pomysłu, ale wiem, że jak już go znajdę to zacznę pisać... a może po prostu treść już zaczętą na innym moim blogu przeniosę tu, nie wiem... kompletna pustka... może jak moje Zwierzaczki mi nakopią w moje cztery litery to mnie olśni. Całuję moje Zoo :* :* :*

==============================

Przez kolejne uliczki podążała młoda kobieta. Jej piękne kasztanowe, sprężyste loki podskakiwały żywo pod wpływem ruchu ciała i delikatnego wiatru. Szła nieśpiesznym krokiem, bo i tak nigdzie się nie śpieszyła. Nie miała po co, do kogo i dla kogo... Swoją czteroletnią córeczkę zostawiła u swojej siostry, Victori, tłumacząc jej, że ma coś ważnego do załatwienia. W zasadzie to nie mijało się to z prawdą.

Na myśl o siostrze jeszcze bardziej zwolniła kroku. Przypomniała sobie jak nieco ponad dwa tygodnie przed rozpoczęciem jej ostatniego roku nauki w Hogwarcie w końcu ją odnalazła. Po prostu nagle pewnego dnia, jak w najbanalniejszych historiach to bywa, natknęła się na nią w mugolskim centrum handlowym w jednym z butików odzieżowych, jednak z braku czasu postanowiły się spotkać następnego dnia, wtedy też poznała swoją siostrzenicę, uroczą dziewczynkę bardzo podobną do swojej matki, tak jak ona posiadała śliczne duże zielone oczęta, które bystro spoglądały na wszystko i wszystkich wokoło...

Weszła do małej kawiarni, która mieściła się w piwnicy jakiegoś budynku, była jednak tak przytulnie urządzona, że w ogóle nie zwracało się na to uwagi. Usiadła przy jednym ze stoliczków dwuosobowych. Prawie od razu, jakby spod ziemi, znalazła się obok niej kelnerka.
- Czy chciałaby pani coś zamówić? – zapytała.
- Na razie nie, czekam na kogoś – odpowiedziała dziewczyna rozglądając się po pomieszczeniu.
- Jak będzie pani chciała coś zamówić, to proszę mnie zawołać – odeszła od jej stolika i podeszła do następnego, przy którym siedział bardzo dziwnie ubrany mężczyzna, bynajmniej nie wyglądał na mugola.
Dopiero po kilku minutach wyczekiwania, usłyszała cichy trzask drzwi, a w nich stanęła średniego wzrostu brunetka, posiadaczka pięknych i zarazem wielkich zielonych oczu, bystro spoglądających na otoczenie. Po chwili Hermiona zauważyła, że nie przyszła sama, za jej lewą rękę trzymała się mała dziewczynka, z zaciekawieniem kręcąca główką, to w jedną, to w drugą stronę. Jej wzrok spoczął na Hermionie, po czym wyrwała drobną rączkę z uścisku matki i podbiegła do dziewczyny.
- Cześć! Jestem Airelle – wyciągnęła śmiało rączkę. – A ty to kto?
- Hermiona – uśmiechnęła się i uścisnęła jej dłoń.
- Cześć Hermiono – Victoria podeszła do jej stolika. – Przepraszam za spóźnienie, ale nie miałam z kim zostawić Airelle i musiałam ją zabrać ze sobą, a ona jest strasznie żywym dzieckiem.
- Nie ma sprawy...
- Airelle – zwróciła się do swojej córeczki – poznaj swoją nową ciocię, Hermionę.
- Wiem jak ma na imię, ale nie powiedziała, że jest moją ciocią – zaszczebiotała, a Hermionę obdarzyła spojrzeniem, jakby to było największe przewinienie.
- Oh, wybacz... – uśmiechnęła się przepraszająco.
- Eee, tam... przecież każdemu może coś wypaść z głowy. A jak to się stało, że cię wcześniej nie poznałam? – wlepiła w nią swoje duże oczy, które z pewnością odziedziczyła po matce.
- Bo nie umiałyśmy siebie odnaleźć.
- Aha... Cieszę się, że cię poznałam ciociu! – rzuciła się na szyję zaskoczonej Hermionie.
- Ja też się cieszę, że cię poznałam.
Airelle jeszcze przez chwilę ściskała swoją ciocię, po czym w radosnych podskokach oddaliła się od stolika i zaczęła „zwiedzać” kawiarnię, przyglądając się wszystkiemu dokładnie.
- Mówiłam ci, że jest strasznie żywym dzieckiem – zaśmiała się Victoria.
- Nie myślałam, że aż tak – Hermiona. – A jak ci się ułożyło życie?
- Jak widzisz mam tą swoją małą pociechę, po tym jak jej ojciec ode mnie odszedł długo nie umiałam się pozbierać, ale pomagała mi w tym myśl, że mam przy sobie Airelle i robię to dla niej, no a facet sam się później znalazł – uśmiechnęła się. – Wiesz co, cieszę się, że podjęłam wtedy taką decyzję. Jedynym jej minusem, tak na prawdę, było to, że straciłam kontakt z tobą.
- A wiesz... może nie uwierzysz, ale ja niedawno o mały włos także stanęłabym przed takim wyborem, tyle że... – jedna, samotna łza spłynęła po jej policzku, na wspomnienie tego co się stało – poroniłam... pobiła mnie taka jedna ze swoimi przyjaciółkami, bo myślała, że tak odzyska chłopaka... to się stało po Balu Bożonarodzeniowym.
- Mnie to na szczęście nie spotkało – westchnęła. – Czy ty też chodziłaś do Hogwartu? – zapytała po chwili.
- Też? To znaczy? – Hermiona wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.
- To znaczy, że ja też tam uczęszczałam... zanim zaszłam w ciążę, później musiałam zrezygnować z nauki. A szkoda, bo była to piękna szkoła...
- To ty jesteś czarownicą?! – pisnęła podniecona Hermiona.
- Ale nikt oprócz ciebie... i naszych rodziców o tym nie wie, pamiętaj!
- A co będzie, jak...
- Jak Airelle dostanie stamtąd list? – dokończyła za nią. – Co ja wtedy powiem Jack’owi? – zamyśliła się chwilę. – Nie wiem, ale na razie nie zamierzam się tym przejmować. Mam jeszcze na to 5 lat – uśmiechnęła się lekko widząc, że Airelle im się przygląda.
- Mamo! Chodźmy już stąd! Chodźmy na plac zabaw! – Airelle podbiegła do swojej mamy i zaczęła ją ciągnąć za rękę.
- Dobrze, już idziemy – odparła Victoria. – Proszę mi przynieść rachunek – zawołała do kelnerki stojącej nieopodal, a gdy ta podeszła uregulowała rachunek.
- Ile mam ci oddać? – zapytała Hermiona gdy wyszły z kawiarni.
- Nic, przecież ty pieniędzy nie masz...
- Mam, dał mi trochę na drobne wydatki – uśmiechnęła się, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu portfela.
- Kto? Ten znajomy? Co to za jeden? – spojrzała na nią zaskoczona. – Kto to jest w ogóle dla ciebie?
- Nie patrz tak na mnie – zaśmiała się. – To tak na prawdę jest mój chłopak, a nie taki zwykły znajomy – parsknęła śmiechem widząc jej spojrzenie, a po chwili dołączyła do niej również Victoria.
- Ciocia, pohuśtaj mnie! – zawołała mała Airelle, gdy dotarły do placu zabaw.
- Dobrze kochanie – obie podeszły do huśtawek.
- Miona, a ty nie chciałabyś może zamieszkać z nami, to znaczy ze mną Airelle i Jack’iem? – zapytała po chwili Victoria.
Hermiona zamyśliła się na chwilę, z jednej strony bardzo tego chciała, lecz z drugiej strony pragnęła zostać z Draco, z nim każdy dzień wyglądał cudownie.
- Wiesz co, z jednej strony bardzo bym chciała... jednak z drugiej, trudno by mi było się odzwyczaić od mieszkania z Draco...
- Dobrze cię rozumiem, nie musisz odpowiadać koniecznie teraz...
- Pogadam z nim dzisiaj o tym.
Rozmawiały ze sobą jeszcze bardzo długo, wspominały stare czasy, kiedy jeszcze wraz z rodzicami tworzyli szczęśliwą rodzinę, której tak na prawdę nie można było nic zarzucić. Rozmawiały także o tym, co się działo przez ten czas, przez który były od siebie oddzielone i nie miały ze sobą żadnego kontaktu.

Hermiona się chwilę namyśliła, nie była pewna czy może powiedzieć o pewnym... szczególe? jej dotyczącym, nie była pewna jak jej siostra zareaguje.
- Co się stało? Masz taką dziwną minę – z zamyśleń wyrwała ją Victoria.
- Nie wiem czy mogę ci powiedzieć, bo widzisz... eh, wiesz kim jest Czarny Pan? – kiwnęła głową twierdząco. – A także kim są śmierciożercy? – ponownie kiwnęła głową.
Na chwilę zapadło niezręczne milczenie.
- Chcesz powiedzieć, że ty do nich należysz? – zapytała zaskoczona Victoria.
- Tak.
- Ale czemu?
Hermiona zaczęła jej opowiadać po kolei jak to się stało, jak powoli odpychała od siebie swoich najlepszych przyjaciół, a później jak poprosiła Draco, żeby ją zaprowadził do Czarnego Pana, pokazała jej także dyskretnie znak na swojej ręce.
- No to widzę, że ten rok szkolny przyniósł ze sobą wiele zmian.
- Ale nie mogę wszystkich nazwać pozytywnymi – mruknęła.
Victoria spojrzała na zegarek.
- Nie wiem jak ty, ale ja już niestety muszę lecieć, bo zaraz Jack wróci z pracy i musze zrobić mu obiad, a poza tym Airelle też musiałaby zjeść jakiś ciepły obiad.
- No to ja cię nie zatrzymuję, mam nadzieję, że szybko znowu się spotkamy – przytuliły się na pożegnanie.
- Airelle! – zawołała do córki bawiącej się w piaskownicy. – Idziemy już do domu.
- Tak szybko? Szkoda – podeszła do swojej ciotki, pocałowała ją w policzek i uścisnęła mocno. – Ciociu, mam nadzieję, że znowu cię zobaczę – uśmiechnęła się.
- Tak, na pewno – pogłaskała ją po główce.


Potem były dwa tygodnie spędzone u siostry, nadrabianie straconego czasu, poznawanie siebie nawzajem – na nowo. Były momenty kiedy się w tym zatracała i miała wrażenie, jakby nigdy nie rozstawała się z siostrą na te sześć długich lat. I pomimo początkowych obaw, nawet jej mąż zareagował na to, jak na sytuacje jak najbardziej naturalną i nie sprawiał żadnych kłopotów. Nawet kiedy czasem wyganiały go z pokoju, tłumacząc, że mają babskie sprawy do obgadania, on się tylko śmiał.
Przypomniała też sobie, jak po spotkaniu z Victorią spotkała także swoją matkę, niepożądane jak również ostatnie. Już nigdy więcej się nie zobaczyły...

Hermiona stała na przystaneku autobusowym, spojrzała na rozkład jazdy, za jakieś 10min będzie miała autobus.
- Hermiona?! – usłyszała czyjś głos za swoimi plecami, odwróciła się na pięcie w kierunku tej osoby, którą znała, bardzo dobrze. – Hermionko, kochanie! – wykrzyknęła kobieto, idąc w jej kierunku.
- Cześć – odparła oschle, krzywiąc się z niezadowolenia widząc swoją rodzicielkę.
- Jak dobrze cię widzieć całą i zdrową – Jane nie zwróciła uwagi na ton wypowiedzi swojej córki.
- „Szkoda, że ja nie mogę powiedzieć tego samego” – pomyślała, uśmiechając się przy tym drwiąco.
- Co u ciebie słychać? – zapytała.
- Dobrze, właśnie widziałam się ze swoją siostrą, Victorią – zaakcentowała jej imię. – Pamiętasz ją jeszcze? – zadrwiła.
- Hermiono! Jak możesz?! Nie masz prawa mnie osądzać!
- Mam prawo, bo wasza decyzja dotyczyła także mojego życia! Decyzja, które je zrujnowała!
- Hermiono, proszę cię! – próbowała ją złapać za ramiona.
- Nie proś mnie o nic! Bo i tak niczego tym nie wskórasz...
- Dlaczego nie umiesz nam wybaczyć?
- Jak możesz się o to pytać, sama powinnaś wiedzieć najlepiej!
Zobaczyła z daleko nadjeżdżający autobus. Jej wybawienie z rozmowy z osobą... która była kiedyś dla niej tak bliska, tak droga, a teraz... całkowicie obojętna. Wyrwała rękę z uścisku swojej matki, odwróciła się szybko i wbiegła do autobusu.
- Żegnam, śpieszę się – rzuciła jeszcze przez ramie.
Drzwi się zamknęły, a Jane stała tak na tym chodniku i przyglądała się ze smutkiem odjeżdżającemu autobusowi. Teraz już wiedziała, wiedziała ile bólu zadała siostrom, które od zawsze były dla siebie wszystkim. Zawsze i wszędzie – najlepsze przyjaciółki... Łzy spłynęły po jej policzkach. Teraz wiedziała, jak to jest być samym na tym świecie, bez nikogo...

Na chwilę powróciła do rzeczywistości, do której brutalnie przywołał ją pisk opon nagle hamującego samochodu i głośny klakson wydobywający się z zielonego samochodu. Stał może metr, a może pół metra od niej, niemalże czuła jego chłodny metaliczny dotyk na swojej skórze. Kierowca rzucił pod jej adresem kilka obelżywych uwag, a gdy znalazła się już bezpiecznie po drugiej stronie ulicy, ruszył, szybko znikając za zakrętem i już go więcej nie widziała. Tak samo szybko, z pamięci odleciał sam fakt, że na tym świecie, w tym mieście mieszka taka osoba jak on.
Zagłębiła się w alejkach parku. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę gdzie ją nogi przywiodły, chciała się wycofać, jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa i same zaczęły żyć własnym życiem, dalej kierując ją w stronę raz już zamierzoną.
Na środku stworzonym z czterech zbiegających się ze sobą alejek stał niewielki pomnik, mimowolnie odwróciła głowę w inną stronę, nie mogła znieść tego widoku.

Harry Potter (1980-1998)
Chłopiec, który przezwyciężył zło
szerzące się pośród nas.
Zginął z rąk wroga całej ludzkości


Mimowolna łza spłynęła po jej policzku. Od razu powróciły wspomnienia tamtego wydarzenia.... a może nocy. Tak naprawdę nie byłą tego pewna, bo wtedy każdy dzień zlewał się z nocą, a noc z dniem. Niebo spowijała czarna opoka niezależnie od pory.
To co najbardziej utkwiło w jej pamięci, to była ta ciężka atmosfera unosząca się w powietrzu, kiedy to w tym miejscu, sześć lat temu doszło do ostatecznego starcia.

Naprzeciwko siebie stały dwie postacie, przeszywające się nawzajem wzrokiem, próbując wzbudzić w przeciwniku strach, słabość. Jednak napięcie i adrenalina podnoszące się do granic możliwości, nie pozwalały na odczucie jakichkolwiek uczuć, poza rządzą mordu.
Wokół nich stali rozsypani między sobą śmierciożercy i członkowie Zakonu, zszokowani na tyle, że przerwali walki między sobą. Cisza jaka wtedy panowała była nie do zniesienia, gęsta niczym smog unoszący się w powietrzu, nie przepuszczająca żadnego dźwięku.
Harry Potter, chłopiec który przeżył, a naprzeciwko niego Tom Riddle, Lord Voldemort, coraz intensywniej wpatrywali się w siebie, coraz mocniej zaciskając palce na różdżkach, które wraz z całym ramieniem zwisały wzdłuż tułowia, starając się wyczuć odpowiedni moment.
Z dwóch gardeł w prawie w tym samym momencie, z dokładnością niemalże co do setnej sekundy, wydobyły się dwa słowa tworzące mordercze zaklęcie.
- Avada kedavra!
Zielone światło zabłysło, oślepiając wszystkich dookoła, tak że przynajmniej na początku musieli zasłonić oczy nieprzyzwyczajone do tak rażącego światła.
Postacie obu mężczyzn niespodziewanie zaczęły się unosić ku górze, a wokół nich powoli tkała się złota sieć o kolistym kształcie, tak że po chwili znaleźli się w półprzeźroczystej kuli, która z czasem zaczęła się kręcić wokół własnej osi.
- Co jest grane? – z dołu dochodziły głosy zdziwienia.
Hermiona, ukryta pod czarnym płaszczem śmierciożercy, spoglądała na to z przerażeniem, domyślała się co może się za chwilę wydarzyć. I chyba nie tylko ona domyśliła co zaraz może się stać. Oboje zginą i już nie ma odwrotu.
Czas ciągnął się ociężale, trwało to może parę minut, parędziesiąt, albo też kilka godzin, nie dało się wyczuć.
Stopniowo, powoli siatka zaczęła się pomniejszać, a wraz z nią postacie w niej uwięzione. Wywołało to wśród wszystkich poruszenie. Nikt nie wiedział co jest grane. Po chwili kula prysła niczym bańka mydlana. Ani po niej, ani po dwóch magach nie pozostało żadnego śladu, tak jakby nigdy nie istnieli. Pozostała tylko pamięć o nich.


Tak też się zakończyła historia o chłopcu z przepowiedni, który miał za zadanie przezwyciężyć tego, którego wszyscy się bali.
Westchnęła przeciągle, zdecydowała, że jednak usiądzie na chwilę na ławce. Jej myśli krążyły wokół wszystkie co zdarzyło się niedługo przed tym wydarzeniem. Przypomniała sobie ten moment, kiedy się pokłócili, kiedy mu wyznała, że jest śmierciożerczynią, przestali się do siebie w ogóle odzywać, nawet niewymienialni ze sobą pojedynczych zdań. Nikt jednak, poza nimi dwojgiem z gryfonów nie wiedział o co poszło. Przypomniała sobie moment, kiedy raz jedyny, pierwszy i ostatni po kłótni odezwał się do niej, kiedy spotkali się na peronie, a ona spojrzała na niego z obawą, że komuś powie. On podszedł do niej i jakby wyczuwając jej myśli powiedział:
- Nie bój się, to co mi powiedziałaś pozostanie między nami.
Po tym najzwyczajniej odszedł, nie czekając na jej reakcje czy słowa podzięki.
Jak powiedział, tak też zrobił. Zachował to dla siebie do końca, aż do śmierci.


Dotknęła wierzchem dłoni swojej twarzy, policzków... nawet nie była świadoma tego, że się rozpłakała, mimowolnie, nie mając na to żadnego wpływu, tak jakby to nie była, lecz ktoś inny w jej ciele.
Wpatrując się tak w przestrzeń przed sobą, siedziała i myślała o wszystkim o niczym, o tym co było i mogłoby być... Jej przemyślenia nagle przerwał widok rudowłosego przyjaciela zmierzającego w jej kierunku, a już po chwili stał obok niej i się uśmiechał lekko.
- Siema Miona! – przywitał się wyciągając ku niej rękę w przyjacielskim geście uściśnięcia sobie dłoni.
- Cześć – podniosła wzrok na jego rozpromienioną twarz, oczy. Był jeszcze wyższy niż gdy po raz ostatni go widziała, a było to ładnych parę lat temu.
- Mogę się przysiąść? – zapytał.
- Jasne, siadaj – uśmiechnęła się do niego.
- Co u ciebie słychać? – zapytał po chwili namysłu, którą przesiedzieli w milczeniu.
- Dobrze, jakoś leci – odpowiedziała starając się zabrzmieć wiarygodnie. – A co u ciebie?
- Nie narzekam, niedawno wziąłem ślub, wkrótce pierwsze dziecko – odparł z nieukrywaną dumą.
- Cieszę się, że ci się ułożyło
- A widzę, że ty też nie próżnowałaś – powiedział spoglądając na jej obrączkę.
- No tak, kilka lat już minęło od ślubu, a dziecko czteroletnie...
- Domyślam się, że z Draco – kiwnęła głową. – Co tam u niego? – powiedział z lekkim przymusem.
Z początku nie zwróciła uwagi na to co powiedział. Spojrzała na niego smutno z oczyma mokrymi od łez, a on kompletnie nie wiedział o co chodzi, przecież chciał być tylko uprzejmy.
Powoli łzy zaczęły żłobić delikatne dróżki na obu policzkach, nie mogła tego powstrzymać. Pierwsza myśl jaka wpadła do jej głowy, to czy zrobił to specjalnie, ale zaraz potem przypomniała sobie, że przez długi czas nie było go w kraju i dopiero niedawno wrócił...
Wstała nerwowo z ławki, jakby w rozpędzie łapiąc za torebkę, zakładając ją na ramię.
- Wybacz, ale muszę już iść – chciała już odejść, gdy złapał ją za rękę. Odwróciła się w jego stronę.
- Powiedziałem coś nie tak? – spojrzał jej głęboko w oczy, próbując odczytać z nich odpowiedź.
- Nie, to nie twoja wina... Wybacz, ale muszę już iść...
Puścił jej rękę, a ona z początku powolnym krokiem oddaliła się od niego, a gdy tylko już nie mógł jej dostrzec puściła się biegiem. Łzy, jedna za drugą spływały po jej policzkach i choć bardzo chciała nie mogła tego potoku łez powstrzymać.
Dopiero gdy zmęczył ją bieg, buty na obcasie zaczęły ją uwierać, przystanęła na chwilę po czym ruszyła już normalnym tempem przed siebie.
W jej głowie znowu zaczęły tworzyć się kolejne wspomnienia.

Koniec roku szkolnego miał charakter bardzo przygnębiający, każdy trwał w żałobie, tylko nieliczni mogli się „pochwalić” tym, że na tej wojnie nie stracili nikogo bliskiego, ale nawet wśród nich panował posępny nastrój.
Jednak mimo to dyrekcja szkoły postanowiła zorganizować zabawę dla siódmoklasistów, którzy już miel do tej szkoły nigdy nie wrócić jako uczniowie.
Dzień balu nadszedł. Do Wielkiej Sali wtoczyło się parędziesiąt par i niewielka ilość singli. W sali rozbrzmiewała na przemian wolna muzyka i szybka. Wśród nich wszystkich bawili się także Hermiona i Draco. Siedzieli w jednym z dalszych zakątków pomieszczenia.
- Jak tu dziwnie, wszyscy udają, że się świetnie bawią, chociaż tak nie jest – stwierdziła przypatrując się wirującym na parkiecie parom.
- Ty też udajesz, że się świetnie bawisz? – zapytał spoglądając na nią.
Odwróciła głowę w jego kierunku. Na jego ustach wykwitł zagadkowy uśmiech.
- Nie mam powodu udawać, ja nikogo nie straciłam, a ogólna żałoba co do osoby Harry’ego mnie nie dotyczy, już od dawna nie byliśmy przyjaciółmi...
- Chcesz powiedzieć, że w ogóle nie poruszyła cię jego śmierć? – dopytywał.
- Może trochę... – zamyśliła się na moment. – Chyba najbardziej żałuję tego, że chociaż tyle lat byliśmy przyjaciółmi, a jednak do końca pozostaliśmy wrogami...
- No tak, ale nie myśl już o tym – pocałował ją delikatnie. - Zatańczysz? – wstał, podał jej rękę w uroczystym geście, delikatnie się kłaniając.
- Z przyjemnością – uśmiechnęła się, rozbawiona jego gestem.
Ruszyli na parkiet, zataczając koła w powolnym tańcu. W pewnym momencie przyciągnął ją do siebie tak, że przylegała do niego całym ciałem.
- Chodź przejść się na błonia – szepnął jej do ucha, a ona ruszyła za nim bez słowa.
Szli tak przez błonia trzymając się za ręce, milcząc całą drogę. W pewnym momencie on nagle przystanął. Spojrzała na niego zaskoczona. Cisza między nimi powoli zaczęła się przeciągać, może to były bezpodstawne obawy, ale bała się, że on chce z nią zerwać, a z jego oczu nic nie mogła odczytać, były jakieś dziwne.
- Draco, powiedz o co chodzi – wydusiła w końcu.
Niespodziewanie on przyklęknął przed nią, obejmując jej lewa dłoń swoimi. Serce przyśpieszyło bicia, jakby biorąc udział w jakimś szaleńczym wyścigu.
- Zostaniesz moją żoną? – nareszcie padły słowa z jego ust.
Zszokowana spojrzała na niego, z początku nie mogąc uwierzyć w to co usłyszała. Dopiero po chwili, w dzikim odruchu radości rzuciła mu się na szyję. To co czuła, to było coś niesamowitego.
- Czemu płaczesz? – zapytał po chwili, dostrzegając łzy na jej policzkach. – Coś nie tak?
- Wszystko w porządku, to są po prostu łzy szczęścia – objął ją ramieniem.
Nigdy wcześniej nie myślała o tym, że to może nastąpić, tym bardziej, że tak szybko. W dodatku ta sceneria, jakby wyjęta z jej najskrytszych marzeń. Niebo rozświetlone milionami gwiazd, a wysoko nad nimi jasno świecący księżyc, będący świadkiem ich zaręczyn.
Nawet nie zauważyła kiedy z kieszeni spodni wyciągnął śliczne puzderko, a w nim piękny pierścionek z białego złota z zielonym brylantem. Zasłoniła usta rękami, nie mogąc uwierzyć w szczęście jakie ją spotkało.
- Dziękuję – prawie wyszeptała, kiedy zakładał go jej na palec.
- Nie, to ja tobie dziękuję – pocałowali się namiętnie, tak jak nigdy wcześniej.
Minęło parę chwil, zanim się opanowała. Wtedy wrócili do Wielkiej Sali, aby dalej móc się dobrze bawić.

Cóż to były za piękne chwile, wiedziała, że nigdy nie zapomni tego momentu, kiedy jej się oświadczył, jej strachu przed czymś całkowicie odwrotnym, a potem wielka eksplozja radości i wzruszenia. Kolejny przełomowy moment w jej życiu.
Z tymi uczuciami jakich wtedy doznała mogła porównać tylko te, które zaznała, gdy stanęła na ołtarzu w ślubnej sukni obok swojego ukochanego, a potem narodziny ich córeczki. Wydarzenie przepełnione magią, gdy na świecie pojawia się nowe życie, gdy tak mała i kruchą istotkę tuli się do siebie, będąc świadomym, że jest ono całkowicie od ciebie uzależnione.
Porównała te wszystkie wydarzenia w swoich myślach. Niby takie zwyczajne, które spotykają niemalże wszystkich, a jednak niezwykłe dla pojedynczej osoby.
Aż w końcu przyszedł czas, kiedy los odwrócił od nich dobrą passę. Zmusił ją aby odczuła co to znaczy prawdziwy ból, gdy ukochany wydaje ostatnie tchnienie na jej kolanach, ze świadomością, że doprowadzili do tego niegdysiejsi przyjaciele. Niesamowity ból krojący serce na kawałki, zaszywający się gdzieś w umyśle, nigdy nie dający o sobie zapomnieć. To jest niemożliwe, to już zostaje z tobą do końca życia...

Mienęły już trzy lata od zakończenia szkoły, ich ślubu i narodzin córeczki, nawet nie wiedziała kiedy ten czas jej tak zleciał. Hermina wracała ze spaceru z malutką Amelią, smacznie śpiącą w wózeczku. Cieszyła się, że w końcu mała zasnęła, bo inaczej nie dałaby jej wrócić do domu. Otworzyła drzwi, po czym ostrożnie wprowadziła wózek i zawiozła go do salonu.
Dopiero po chwili zauważyła w jakim był stanie. Regał był przewrócony, a wokół niego walały się książki wcześniej na nim się znajdujące. Okrągły stolik stojący na środku pokoju był złamany w pół, lekko nadpalony. Patrzyła na to wszystko w oniemieniu, bojąc się zrobić kro do przodu, bojąc się co zobaczy dalej. Po paru minutach odważyła się na pierwsze kroki, skierowała się do schodów, weszła po nich. W głuchej ciszy skrzypiały przeraźliwie, tak złowrogo i nieprzyjaźnie.
W końcu dotarła na sam szczyt, zauważyła, że wszyscy czarodzieje pouciekali ze swoich ram. To jeszcze bardziej wzmogło jej przerażenie. Zauważyła ślady brudnych butów prowadzących do sypialni. Weszła do środka.
Zakręciło jej się w głowie. Nie, to nie mogła być prawda! To się nie dzieje naprawdę! Podbiegła do Niego, leżącego na środku pokoju, z resztkami zaschniętej krwi na ubraniu, cały posiniaczony. Dotknęła Jego twarzy, jeszcze ciepłej. Jego klatka piersiowa ciężko unosiła się do góry i opadała z powrotem. Żyje!
Z trudem otworzył oczy spoglądając na nią. Jedna samotna łza spłynęła z jej policzka opadając na jego usta.
- Kochanie, wybacz mi... proszę... – usłyszała cichy szept z jego ust.
- C-co mam ci wybaczyć? – słowa ledwo przechodziły jej przez gardło.
Otworzył usta w niemym jęku bólu. Chciał coś powiedzieć, jednak nie dał rady, głos uwiązł mu w gardle.
- Draco! Ty nie możesz umrzeć! Nie możesz mnie zostawić! Co z naszą córką?! – przytuliła go do siebie. – Proszę! Nie rób mi tego! Nie zostawiaj mnie! – krzyczała jakby to miało pomóc.
W ostatnim geście przyciągnął jej twarz do swojej, chciał po raz ostatni poczuć ciepło jej ust.
A potem umarł w jej ramionach. Zalała się łzami, a serce i umysł krzyczały i płakały razem z nią: „ON odszedł!”. Zemdlała.... obudziła się następnego dnia w szpitalu, na krześle obok jej łóżka siedziała jej siostra...


Nie była pewna, czy aby ostatnie wspomnienie nie wybrało za nią, czy może ona sama wybrała już to o wiele wcześniej, jak najbardziej świadomie.
Zrobiło się już ciemno, a ona pewnym krokiem zmierzała w kierunku pięknie ozdobionego nagrobka na londyńskim cmentarzu w Notting Hill.

RIP
Draco Malfoy
(1980 – 2003)


Klęknęła naprzeciwko nagrobka, wpatrując się w ozdobne pismo. Gdy tak patrzyła na nie bezmyślnie, przypominała sobie co czuła, gdy dowiedziała się kto to zrobił, kto był sprawcą tego wszystkiego. Mówili na nich „czyściciele” , który mają zamiar się pozbyć wszystkich byłych śmierciożerców, żeby przypadkiem nie dopuścić aby któryś z nich nie postanowił powtórzyć wyczynu swojego Pana. Była w wielkim szoku, kiedy dowiedziała się, że wśród nich było wiele osób, które znała jeszcze ze szkoły i nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mogliby zrobić coś takiego. Część grupy szybko złapali.
Otrząsnęła się z zadumy, rozejrzała się. Wokół niej nie było żywej duszy. Wszędzie cisza, głucha cisza, szczelnie chroniąca przed jakimkolwiek dźwiękiem. Wyciągnęła z torebki kartkę papieru, długopis i jakiś flakonik z ciemnozielonym płynem w środku.
Na kartce skreśliła parę słów do siostry, wyjaśniając wszystko, dlaczego tak musiało się to skończyć. Rzuciła na niego czar, aby tylko ona mogła go odczytać, po czym nakazała mu aby do niej dotarł. Zniknął niemalże natychmiast gdzieś w przestrzeni.
Wypiła jednym haustem zawartość flakonika.
- Idę do ciebie! Nareszcie znowu się spotkamy! – wyszeptała ostatkiem sił, a w ręce mocno ściskała jego zdjęcie, ucałowała je. Umarła, leżąc przy nim, tak jak tego chciała.

==============================

Ah... mam nadzięję, że się podobało :) Chciałabym jeszcze podziękować wszystkim tym co czekali cierpliwie na notkę, nie zważając na moje humorki, które czasem na prawdę i mnie by wkurzyły. Dziękuję tym co okazali mi zrozumienie... I przepraszam, że tak nadwyrężałam waszą cierplwość. Pozdrawiam :*

komentarze [44]





Tytuł : 35.Zamieszanie
Data : niedziela, 23 kwietnia 2006
Godzina : 22:46:24
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [58]


Wiem, wiem, wiem... not miała być już dawno, no ale tak jakoś wyszło, że dopiero teraz ją dodaję i szczerze mówiąc nie należy do najdłuższych jakie zdarzyło mi się pisać, ale mam nadzijeję, że nie będzie tak źle i się wam spodoba... ;)
No i oczywiscie zamieszczam obiecane posumowanie ;]
- do tej pory odwiedziło mnie 41299 gości
- wychodzi, że średnio na miesiąc jest tu was 2753
- dziennie odwiedza mnie was ponad 100
- w sumie zostawiliście u mnie 1088 komentarzy
- to by wyszło 72 komenty na miesiąc, ale trzeba też pamiętać o tych gorszych czasach tego bloga, więc wynik mi jak najbardziej odpowiada ;]
- pisze już 15 miesięcy w tym czasie pojawiło się 34 części opowiadania (nie licząc tej)
- najwięcej pod notką: nr 34.Wszystko może się zminić... bo aż 131 (!!!)

No i oczywiście wyniki najnowszej sondy, o której nie każdy wiedział, chociaż temat moim zdaniem ciekawy, bo sporny i nie wiadomo dokładnie jaka jest granica... W sondzie zagłosowało 64 osoby ;)

Mam pytanie... czy moje opowiadanie jest za bardzo zboczone???
- Niee... moim zdaniem jest w sam raz ;] 35
- Wcale nie... 6
- No może troche ;> 17
- Tak 0
- Tak i to o wiele za bardzo... 6

Heh ile tych numerków w tej notce, ale nie wiem ile jest w sumie tym zainteresowanych... Aha, no i warto by wspomnieć, że prawdopodobnie zmienie styl pisania, notki może będą krótsze, ale jak się uda będą pojawiały się częściej. Ale ostrzegam, że najbliższa najwcześniej po 10 maja, ponieważ w piątek (28 IV) lub w sobotę (29 IV) wujeżdżam na tydzień do Krynicy Górskiej i wrcam 7 maja. No i warto by wspomnieć, że w najbliższym czasie szykuje się u mnie remoncik mały (wymiana okien) i nie wiadomo jak to będzie z dostępem do komputera.

==============================


~~::35.Zamieszanie::~~


Następny dzień był jak zaczarowany, jakby zasnęła i znalazła się w jakiejś cudownej bajce, a nie codziennym życiu, czasem dopadały ją wątpliwości, czy to aby na pewno dzieje się naprawdę.
Zaczęło się od bardzo przyjemnej pobudki, którą jej sprawił oczywiście Draco, nie myślała wcześniej, że może go być stać na coś takiego. Jak to cudownie jest się obudzić otoczoną zapachem świeżych róż, za pomocą pocałunku złożonym na ustach przez ukochanego.
Później śniadanie tylko we dwoje, ponieważ Nadine gdzieś musiała wyjść z samego rana. Nie był to jednak zwykły i spokojny posiłek, jedzenie z półmisków przeważnie nie służyło do jedzenia, lecz do wygłupów. Zostawili po sobie istny bałagan, po czym ubrali się i wyszli do parku. Oczywiście zanim Hermionie udało się namówić Draco minęło trochę czasu. W końcu przeważyły jej „argumenty”, więc zrezygnowany stwierdził na koniec, że czasem trzeba zażyć świeżego powietrza.
Oboje zadowoleni kroczyli parkowymi alejkami, jedno ciesząc się z tego co będzie jak wrócą, drugie ciesząc się chwilą obecną, tym co jest w zasięgu wzroku, dotyku. W jakiejś parkowej lodziarni kupili sobie lody, to znaczy jednego, ponieważ tylko na tyle starczyło im mugolskich pieniędzy.
Draco usiadł na jakiejś ławce, a Hermiona chciała usiąść obok niego, lecz ten pociągnął ją za rękę tak, że wylądowała na jego kolanach.
- Tak łatwo się nie wywiniesz – powiedział, uśmiechając się, kiedy ta mimo to próbowała usiąść obok, w takiej pozycji w miejscu publicznym czuła się trochę dziwnie. – No wreszcie! – krzyknął z satysfakcją, gdy w końcu dała za wygraną.
- No co się tak cieszysz?
- A nic... – zanim się spostrzegła, cały nos miała usmarowany lodem śmietankowym. – No jak to pięknie się z tobą komponuje – parsknął śmiechem.
- Taaa...na pewno – uśmiechnęła się słodko.
Jeden pocałunek, krótki czuły, namiętny przeradzający się w dłuższy, jeszcze czulszy, namiętniejszy. Jego ręka mimowolnie powędrowała pod jej bluzkę, zakreślając na jej plecach małe kółeczka, które przyprawiały ją o delikatne dreszcze. Jak zwykle było cudownie, niesamowicie, niepowtarzalnie! Stracili poczucie czasu, już nie pamiętali o której wyszli, nie wiedzieli też już która godzina jest teraz, czas się nie liczył, byli tylko oni, chwila i nikt ani nic więcej.

***

Nie wiedziała co się stało, czemu ani Draco ani Nadine się do niej nie odzywali, a za każdym razem gdy ta podchodziła do któregoś z nich, tamte odchodziło od niej bez słowa, obdarzając ją pogardliwymi spojrzeniami. To było gorsze niżby ją zwyzywali, tylko za co...? Nie rozumiała o co im chodzi.
Siadła na łóżku w swoim pokoju. Poczuła się strasznie obco w tym domu, chociaż była już w nim trochę czasu. Poznała każdy jego zakamarek.
- Draco! Możesz mi w końcu powiedzieć o co wam chodzi? – zatrzymała go, gdy po raz kolejny miał zamiar odejść w drugą stronę.
- Nie udawaj głupiej, bo na pewno nie jesteś...
- No to najwyraźniej jestem, bo kompletnie nie wiem o co ci chodzi! Może mnie w końcu oświecisz...?
- Lepiej sobie przeczytaj dzisiejszego Proroka - rzucił w jej stronę gazetę, która leżała na komódce.
Przewróciła kilka stron, kiedy w końcu trafił na cały artykuł jej poświęcony: Hermiona Granger ponownie atakuje serca młodych, sławnych i bogatych. Do artykułu załączone było kilka zdjęć, wszystkie z Hemrioną, jednak na każdym z kimś innym, na jednym była z Wiktorem, na drugim z Draco z dnia wcześniejszego, jak obściskiwali się i całowali na ławce w jakimś mugolskim parku, ale to co zobaczyła na trzecim zdjęciu, wstrząsnęło nią totalnie. Zdjęcie opatrzone było krótką notką, a obok data kiedy zostało zrobione. Ale ono nie mogło istnieć, nikt nie mógł zrobić jej takiego zdjęcia. Była na nim z Harry’m. Jak w zwolnionym tempie obserwowała, jak rzuca się na nim Harry’emu na szyję, po czym obdarza go namiętnym pocałunkiem.
- Ja... to... to niemożliwe... Coś takiego nie miało miejsca!
- To niby skąd to zdjęcie?
- To fotomontarz!
- Co? – spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Przerobili to zdjęcie... Spotkałam się z nim wtedy, ale nie całowałam. Poszłam mu powiedzieć o... o tym... – wskazała na lewe ramie.
Milczał, nie wiedział co ma powiedzieć, jak się zachować.
- Jak dalej mi nie wierzysz, to użyj tej leglimencji, przecież już nie raz jej używałeś...
- A skąd wiesz, że jeszcze tego nie zrobiłem – odetchnęła z ulgą, przekonał się że mówi prawdę.
- Teraz już mi wierzysz? – podeszła do niego i przytuliła się, nie protestował, tylko również ją objął. Teraz już wiedział, był pewien co tak naprawdę czuje do tej drobnej dziewczyny, która teraz trwała tak przytulona do niego. Niby taka niewinna, bezbronna... W jej orzechowych oczach tliła się jakaś magiczna iskierka, odbijająca się żywym blaskiem. Nie w sposób komukolwiek oprzeć się jej spojrzeniu. Był dla niej wszystkim, on również zdał sobie sprawę, że to on jest tą osobą, z którą pragnie spędzić resztę życia...
Jednak ciągle miała coś w sobie z tej gryfonki, która całymi dniami przesiadywała w bibliotece, niezależna od wszystkich, nie zwracając uwagi na to co mówią inni o jej nieco dziwnych zainteresowaniach.
- Kocham cię – szepnęła prawie bezgłośnie.
Draco spojrzał na nią. Chciał powiedzieć to samo, jednak nie potrafił, jeszcze nie teraz, nie przeszłoby mu to przez gardło, może kiedyś...

***

Ceremonia rozpoczęła się. Stanęła na skraju Zakazanego Lasu i oparła się o jakieś stare drzewo z daleka obserwując jak czterech mężczyzn niesie opartą na ramionach wielką ładną dębową trumnę, która błyszczała się w blasku słońca.
Pomiędzy tłumem dostrzegła całą rodzinę Weasley’ów i Harry’ego, którzy zajmowali miejsca w jednym z pierwszych rzędów. Pani Weasley popłakiwała co chwilę do chusteczki trzymanej w dłoni. Nie tylko ona płakała, robiła to chyba co druga osoba ze wszystkich zgromadzonych. Jedni opłakiwali go jako wspaniałego dyrektora szkoły, drudzy jako wielkiego czarodzieja, inni jeszcze za coś innego. Jednak wszyscy się jednomyślnie będą go pamiętali jako wspaniałego człowieka, nie bojącego się wyzwań, zawsze pogodnego i chętnego do pomocy. Także Hermiona żegnała go ze łzami w oczach, których nie potrafiła powstrzymać, mimowolnie jedna po drugie toczyły się kryształowe krople. Raz po raz ocierała je rękawem, lecz te nadal zawzięcie sączyły się z jej oczu.
Do podestu, na którym stała trumna podchodziły kolejne osoby i wypowiadały się na temat zmarłego, niektórzy z goryczą spowodowaną jego odejściem, lecz przez większość przemawiał wielki szacunek dla Dumbledore’a i tego co robił.
Całej ceremonii towarzyszyła cudowna melodia wyśpiewywana przez krążącego po niebie feniksa Fawkesa. Byłą przepełniona smutkiem, pełna rozpaczy, bólu i cierpienia. Nagle sfrunął na dół, przysiadła na trumnie, uronił jedną, ostatnią, niemalże diamentową łzę, która rozprysła się na połyskującym drewnie, po czym feniks ponownie wzbił się w powietrze i znikł. W pewnym momencie trumna znika, a na jej miejscu pojawił się przepiękny biały grobowiec, a przed nim stał naturalnych rozmiarów pomnik feniks z rozpostartymi skrzydłami, jakby zaraz miał odlecieć wraz z pomnikiem, którego został opiekunem, na zawsze... dopóki szkoła będzie istniała.
Po chwili przed postumentem stanęła McGonagall, obecna dyrektorka Hogwartu.
- Chciałabym wszystkich zaprosić na ucztę, poświęconą pamięci Albusa Dumbledore’a – kiedy to mówiła, po jej policzku spłynęła samotna łza.
Wszyscy zaczęli wstawać i cały pochód czarodziei skierował się w stronę zamku. Ginny rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę oddalającego się jeziora, nad którym spoczęło ciało Dumbledore’a i właśnie kiedy odwracała się z powrotem dostrzegła smukłą sylwetkę jakiejś osoby, opierającej się o pień drzewa. Ostrożnie ruszyła w jej stronę, była coraz bliżej i coraz lepiej rozróżniała, z daleka zlewające się rysy twarzy. Teraz już widziała wyraźnie dziewczynę o kasztanowych lokach, które sprężyście powiewały na wietrze, niemalże niedostrzegalnym. Ginny szybkim krokiem ruszyła w stronę przyjaciółki, lecz gdy odwróciła się na chwilę, aby powiedzieć Ronowi, żeby na nią zaczekał, jej już tam nie było, po prostu znikła. Zrezygnowana popędziła do brata i razem udali się na ucztę pogrzebową.
- Kogo tam widziałaś? – zapytał kiedy wchodzili po marmurowych schodach do zamku.
- Wydawało mi się, że widziałam taką znajomą... – odpowiedziała wymijająco.

Czuła się okropnie uciekając przed Ginny, która przecież jeszcze niedawno była jej najlepszą przyjaciółką. Zaczęłaby pewnie zadawać pytania, na które nie mogłaby dać zadowalającej obie strony odpowiedzi. Powolnym krokiem wyszła z głębin Zakazanego Lasu na jego obrzeże, po czym skierowała się w stronę bramy wyprowadzającej z obrębu szkoły, a tuż za nią deportowała się do Malfoy Manor.

***

Brunetka średniego wzrostu przemierzała kolejne ulice Notting Hill, aż w końcu dotarła do jednego z największych domów przy Powis Square. Zapukała kołatką w drzwi i gdy usłyszała kobiece: „Proszę!” weszła do środka. Blondynka siedząca na kanapie, niby bawiąc się swoją różdżką, wycelowała w Pansy, na której twarzy odmalowały się strach i zmieszanie.
- Jest Draco? – w końcu odważyła się zapytać piskliwym głosikiem.
- Jest, a co? – Nadine uśmiechnęła się drwiąco.
- Miałam do niego przyjść...
- Aha, jest u siebie – odparła. – Ale zdaje mi się, że jest bardzo zajęty i nie ma mu NIKT przeszkadzać.
- Eh, dla mnie na pewno znajdzie czas – powiedziała i ruszyła schodami w górę. – Dra... – zacięła się w połowie słowa, zobaczywszy na łóżku Hermionę w samej bieliźnie, i to jakiej... czarnej, koronkowej.
Hermiona w przeciwieństwie do brunetki przyjęła to spotkanie całkowicie spokojnie, co więcej rozsiadła się jeszcze wygodniej i uśmiechnęła do niej jadowicie.
- Dracuś, kochanie! Chyba ktoś do ciebie – zawołała przesłodzonym głosem, rzucając przy tym wymowne spojrzenie Pansy.
- Taak? – wychylił się zza drzwi łazienki, był w samych spodniach.
Oniemiała Pansy wpatrywała się to w jednego, to w drugiego i zastanawiała się co powinna zrobić w takiej sytuacji, a jedyne co przyszło jej do głowy to stać i czekać, aż któreś z nich się odezwie, a jak żadne tego nie zrobi to najzwyczajniej wyjść.
Nawet Draco zdziwił się zachowaniem Hermiony, jeszcze niedawno zaczerwieniłaby się i w trybie natychmiastowym zakryła kołdrą lub czymkolwiek co znalazłoby się pod ręką. A teraz... uśmiechnęła się, spoglądając na ślizgonkę z pewną satysfakcją, widząc na jej twarzy grymas zawodu.
Zrozumiała, miała przecież na to naoczny dowód, że wszystko co robiła żeby ci się rozstali, robiła na darmo. Nawet pobicie na Balu Bożonarodzeniowym i spowodowanie aby poroniła, nic nie dało, a także wyczyszczenie pamięci, przez jego rodziców, jak z góry było ustalone. Tylko niestety, dla niej, nie wszystko poszło zgodnie z planem...
- Co ta szlama tu robi? – zapytała, starając nie zwracać na nią uwagi.
- Nie widać? – powiedział, sugestywnie unosząc brwi ku górze. – A tak poza ty Miona nie jest szlamą – dodał po chwili z zadowoleniem obserwując reakcje obu dziewczyn, u jednej był to jeszcze szerszy uśmiech, zaś u drugiej jeszcze większe niezadowolenie, zmieszanie i smutek.
Chłopak przeszedł przez pokój i usiadł na łóżku obok Hermiony, po czym objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej.
- Po co przyszłaś? – zapytał się dziewczynę.
- No... powiedziałeś, że mam przyjść – odparła po chwili odzyskawszy głos.
- No tak, ale przypominasz sobie, że powiedziałem ci, że masz przyjść wieczorem, a nie rano? Mówiłem ci, że Czarny Pan przyjmuje tylko i wyłącznie wieczorem... – powiedział ostro, a w jej oczach zaszkliły się łzy, które od razu otarła rękawem.
- Myślałam, że nie będziesz miał nic przeciwko, jak przyjdę wcześniej i że spędzimy ten czas razem – dokładnie zaakcentowała ostatnie słowo. – No, ale ty najwidoczniej wolisz spędzić dzień z... nią – prychnęła.
- Hmm... uwierz mi, że to nie jest tylko jeden dzień – po raz pierwszy odezwała się Hermiona.
- To jest raczej wiele dni i wiele nocy i będzie ich więcej – dodał.
- Wiesz co kochaniutka, ty nie bądź taka pewna swego. Rzuci cię jak każdą, jak tylko mu się znudzisz, a wierz mi, że to prędzej czy później nastąpi – stwierdziła po chwili namysłu.
- A ty zostaw lepiej myślenie innym, bo ci to jakoś nie wychodzi – syknęła Hermiona.
Spojrzała na Dracona, a ten niewiadomo czemu pobladł na całej twarzy, oddychał ciężko. Nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą się dowiedział. Wstał z łóżka i powoli zaczął zmierzać w kierunku brunetki, która nie zdawała sobie sprawy o co chodzi.
- Ty... ty dziwko! – wrzasnął.
- Draco, co się stało?
- To wszystko przez nią!
- Ale co?
- To ta dziwka pobiła cię wtedy na balu!
- A-ale jak... – Hermionie zakręciło się w głowie i z powrotem usiadła na łóżku. Miała nadzieję, że w końcu uda się jej o tym zapomnieć, raz na zawsze odrzucić z pamięci tamten koszmar, koszmar który co noc do niej powracał. Dopiero od niedawna mogła spokojnie zasnąć i nie obawiać się, że zbudzi się w środku nocy z krzykiem, po raz kolejny odczuwając stratę dziecka.
- I ty śmiesz jeszcze pokazywać się w tym domu?! – warknął.
- S-skąd wiesz? – zająkała się.
- Nie ważne – syknął. – A tymczasem won z tego domu! – krzyknął po chwili.
- Draco! Kochanie! Ale ja to zrobiłam dla NAS!
- Nigdy nie było NAS. Byłem ja, byłaś ty, ale nie my. Tylko ty sobie coś ubzdurałaś – prychnął. – A teraz wynocha! I nie chcę cię więcej widzieć!
- Ale co z dzisiejszym spotkaniem z Czarnym Panem?
- Draco, lepiej to załatwić, bo to Tobie się oberwie – Hermiona wstała i podeszła do niego, nadal była strasznie blada i zszokowana tym co przed chwilą usłyszała.
- Więc przyjdź, ale to tylko dlatego... A teraz won mi stąd!
Hermiona zaraz po wyjściu Pansy, zamknęła się w łazience i zaczęła płakać. Osunęła się po ścianie na zimne kafelki, podkuliła nogi i objęła ramiona, w które wtuliła głowę.
- Miona! Otwórz! – krzyknął po drzwiami, szarpiąc się z klamką, ale ta za nic nie chciała ustąpić. – Miona! – zawołał jeszcze raz, lecz odpowiedział mu jedynie cichy szloch.
Wygrzebał z kieszeni różdżkę, nieznacznie nią poruszył, a w myśli wypowiedział zaklęcie. Ponownie pociągnął za klamkę, która tym razem wpuściła go do środka.
- Kotku, co się dzieje?
- Nic, tylko po prostu... miałam nadzieję, że w końcu uda mi się zapomnieć o tym koszmarze i szczerze mówiąc wolałabym się nigdy nie dowiedzieć kto to był... – dalej nic nie potrafiła z siebie wydusić, ponieważ słowa więzły jej w gardle z powodu kolejnych napływających do jej oczu łez.
Usiadł obok niej i mocno przytulił ją do siebie, trzymał ją tak dopóki jej oddech się nie uspokoił, a łzy już nie spływały już tak obficie po policzkach dziewczyny. Podniosła wzrok, spojrzała na niego, uśmiechnął się do niej, a ona to odwzajemniła.
- Dziękuję, że jesteś przy mnie – zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała. Na jej ustach wyczuł jeszcze słonawy smak łez.
- Przecież nie ma za co... to ja powinienem podziękować Tobie - pogładził ją po głowie. – No dobra maleńka, wstajemy bo się jeszcze przeziębimy i będzie kicha...
Sam wstał, po czym podał jej rękę i pomógł się podnieść. Cała trzęsła się z zimna, dopiero teraz poczuła chłód ciągnący od kafelek.
- No i widzisz, już się trzęsiesz... – przyciągnął ją do siebie. – Chodź – pociągnął ją do o wiele cieplejszej sypialni. Położył Hermionę na łóżku. – No to teraz zabierzemy się do rzeczy po mojemu...

=============================

Liczę na komcie z waszej strony, może znowu taki mały rekordzik :P

komentarze [58]





Tytuł : 34.Wszystko może się zminić...
Data : poniedziałek, 13 marca 2006
Godzina : 13:04:07
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [128]


Tadam!!!!! No i oto nadszedł moment, kiedy w końcu się sprężyłam i napisałam tę noteczkę. Jest ona chyba najdłuższa w mojej dotychczasowej karierze, bo zajmuje aż 7.5 strony w Wordzie, czyli prawie 8 :D:D byłaby dłuższa, tylko nie chciałam przeciągać tej chwili i dodać jak najszybciej tę notencję. Mam nadzieję, że się wam spodoba i baaaaardzo gorąco dziekuję za te 108 komciów pod ostatnią notką, chociaż raczej wynikało to z długiego czasu oczekiwania na notkę, mino wszystko bardzo miło widzieć tak dużą liczbę i że chce wam się komentować to co wam piszę ;];]
Notkę dedykuję Pajeczce, za te chwile śmiechu i nabijania się ze mnie, mam nadzieję, że jeszcze to pamiętasz :D:D:D
Buziaki :*:*:*:*

P.S.Głosujcie na mnie w konkursie na Em Watson and Friends


***Aktualizacja z dnia: 16.03.2006r. o godz. 18:46***
A więc dzięki waszej pomocy dostałam się do następnego etapu konkusu, którego reklama znajduje się powyżej. Proszę was abyście dalej na mnie głosowali i w tak licznym gronie. Na wszeli wypadek podaję jeszcze raz link Em Watson and Friends Buziole :*:*:*


***Aktualizacja z dnia: 3.04.2006r. o godz. 18:46***
Druga aktualizacja notki, no a w niej wyniki sondy na którą zagłosowało 46 osób, a oto wyniki:

Czy podoba się wam to co piszę?
- Jasne, że tak! To jest cudowne!!! 29
- Aaa... podoba się ;] 10
- Hmm... może być, nie narzekam ;P 1
- Eh, takie sobie... 1
- Mogłoby być lepsze... 3
- Nie za bardzo... 1
- Nie!!! To jest okropne!!! 1

Cieszę się, że większość zagłosowała pozytywnie, a tylko nieliczni się znaleźli, którzy zagłosowali negatywnie. Od dzisiaj możecie zagłosować na nową sondę, a pytanie to: "Mam pytanie... czy moje opowiadanie jest za bardzo zboczone???"
Nowa notka w krótce się pojawi, tylko muszę się sprężyć, żeby wziąść się za jej przepisywanie z komórki na komputerk... tak, tak... dobrze przeczytaliście, z komórki ;] mam 11 stronek po 1000 znaków, czyli 11000 w sumie :D a stronke mam już na kompie, mam nadzieję, że się wam spodoba ;]


==============================


~~::34.Wszystko może się zminić...::~~


Przebudziła się wraz z powstającym słońcem za oknem, a może nie przebudziła, lecz wstała z łóżka, ponieważ nie spała już od jakiegoś czasu, kilku godzin, a może tylko kilkunastu minut, w ciszy i samotności czas dłuży się niesamowicie.
Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę, przecież nie mogła być u niego w domu, w jednym z pokojów, a w dodatku miała w nim spędzić resztę wakacji. To było zbyt piękne, aby to mogło być prawdą. Jednak rzeczywistość taka była i choć niezbadane są jej zamierzenia, musiała to zaakceptować. Jednak jedno pozostawało nieodgadnionym, dlaczego to zrobił, przecież nie mógł się z dnia na dzień zrobić taki miły i uczynny, a może... serce zabiło jej mocniej, może jego uczucia się odrodziły na nowo, może znowu obdarzył ją uczuciem głębszym, a może... w tym momencie poczuła narastającą wściekłość, a może po prostu po raz kolejny zabawia się jej kosztem, dając jej nadzieję, teraz tak potrzebną do życia, jak powietrze.
Nie zdawała sobie nawet sprawy, że w swoich zamyśleniach tkwiła już od dwóch godzin, tak ją pochłonęły, że dopiero gdy drzwi za jej plecami otworzyły się, a osoba, która weszła chrząknęła znacząco, zdała sobie z tego sprawę. Odwróciła głowę w jego stronę, obrzucając jego i to co trzymał w ręku nieprzytomnym spojrzeniem. Jego twarz nie wyrażała jakichkolwiek uczuć, po prostu stał wpatrując się w nią, jak zwykle cudowny.
- Przyniosłem ci ciuchy do przebrania, od mojej siostry – rzucił je niedbale na łóżko.
Milczała, dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów... „od mojej siostry”, ale od jakiej siostry, nigdy o niej nie wspominał.
- O kurwa, czy ja dobrze słyszałam? Ty masz siostrę? – spojrzała na niego z pełnym zdziwieniem.
- Pobijasz rekordy – parsknął śmiechem. – Przecież ci o niej mówiłem. To znaczy wczoraj wspomniałem...
Próbowała odszukać w swojej pamięci, jakąkolwiek jego wzmiankę o tym, ale w jej głowie nadal panowała całkowita pustka. Automatycznie przeczesała włosy ręką, które z powrotem swobodnie opadły na swoje miejsce.
- Przebierz się, zaraz będzie śniadanie – przerwał ciszę, po czym najzwyczajniej wyszedł, zostawiając ją z głową pełna bijących się ze sobą myśli, czyli to co zwykle.
Ubrała się w to co Draco rzucił jej na łóżko, była to krótka spódniczka, a do tego bluzka na ramiączkach, z niepokojem spojrzała na Mroczny Znak widniejący na jej ręce, będzie całkowicie widoczny, uspokajała ją tylko myśl, że nie będzie musiała tak wyjść na ulice, od razu by ktoś to dostrzegł, nie daj boże jakiś czarodziej, od razu by się rozniosło, już miała przed oczami te artykuły w Proroku - ”Uczennica Hogwaru popleczniczką Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać!!!”. Po jej plecach przeszedł zimny dreszcz, jakby zareagowali na to jej przyjaciele, na razie wiedziały o tym tylko Lavender i Parvati, a co by się stało jakby więcej osób się o tym dowiedziało?
Wyszła z pokoju, rozmiary hollu, w którym się znalazła po prostu powalały, z jednej i drugiej strony od jej drzwi ciągnęły się jeszcze daleko przed nią. Ściany po obu stronach były poobwieszane obrazami przedstawiającymi znanych magów, chociaż głównie czarnoksiężników, każdy z nich był opatrzony jakąś plakietką, na której były wypisane dane osobnika na nim znajdującego się. Wśród nich był także jeden z dyrektorów szkoły, który niewątpliwie był członkiem wielkiej rodziny Malfoy’ów.
Niepewnie ruszyła przed siebie w stronę schodów, nadal jednak rozglądając się dookoła i przyglądając się co poniektórym portretom.
- Kim jesteś? – zaskrzeczał staruszek o długiej siwej brodzie i spojrzeniu szaleńca. Nie wiedziała co ma zrobić w takiej sytuacji, nie była przyzwyczajona do takich rozmów z magiem z jakiegoś portretu.
- Och, zamknij się Gidrof! – obejrzała się za siebie, w jej kierunku szła wysoka blondynka. – Cześć, jestem Nadine – wyciągnęła rękę – siostra Draco.
- Jestem Hermiona – uścisnęły sobie dłonie.
- Miło mi – uśmiechnęła się. – Ty pewnie nie za bardzo orientujesz się po tym domu? – bardziej stwierdziła niż zapytała, uprzejmie...
Jak to się mogło stać, że rodzeństwo jest od siebie tak różne, tak odmienne jeśli chodzi o charakter, a z wyglądu niemalże identyczni, te same stalowo-niebieskie oczy, te same blond włosy, ten sam uśmiech.
- Na początek może zaprowadzę cię do jadalni, zaraz będzie śniadanie – Hermiona nic nie powiedziała, tylko kiwnęła głową i ruszyła za Nadine.
Szły przez jeden korytarz, potem skręciły w inny, a na koniec zeszły po schodach, tym samym wchodząc do wielkiego pomieszczenia, ze stołem zastawionym po środku, dookoła poobstawiany krzesłami obitymi w jakiś dziwny materiał.
- Cześć – powiedziała do Draco, nadal podziwiając wnętrze.
- Cześć – odpowiedział z rozbawieniem. – Nie masz co się krępować, moich rodziców nie ma...
Nadine rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale treściwe, strasznie ją denerwowało, kiedy o ich rodzicach mówił: „moi rodzice”, tak jakby jej nie było.
- Przepraszam, NASZYCH rodziców – uśmiechnął się złośliwie.
Blondynka przewróciła ostentacyjnie oczami i usiadła przy stole, nie odzywając się do niego więcej.

- Chyba nie zapomniałaś, że mamy się dzisiaj zabawić - jak zwykle Draco naszedł ją od tyłu i zaszeptał do ucha, co sprawiało, że nieznacznie drżała na całym ciele.
Obrócił ją do siebie, po czym dotknął palcem jej pełnych malinowych ust, rozchylając je delikatnie.
- Po co ty to robisz? Sprawia ci to przyjemność, robienie ze mnie idiotki? – mruknęła odwracając głowę.
- A ty znowu to samo... ty masz jakąś manię, że cały czas twierdzisz, że robię z ciebie idiotkę? Gdyby tak było, to na pewno nie mogłabyś zamieszkać tutaj, w tym domu i nie stałabyś tu teraz ze mną. Idiotkę z ciebie to mógłbym robić w szkole, ale nie tutaj.
Otworzył drzwi pokoju, obok którego akurat się znajdowali. Wszedł do niego, ciągnąc ją za rękę za sobą. Tak jak wszystkie w tym domu i ten był wielki i urządzony w bardzo dobrym stylu.
Nalał do dwóch literatek soku pomieszanego z wódką, a raczej wódki z sokiem, podał jej jedną szklankę. Po co to robi? Nie wiedziała. Ale zawartość swojej wypiła za jednym haustem. Odłożyli szklanki niemalże jednocześnie. Alkohol i gorąc panujący w pomieszczeniu ze zdwojoną siłą uderzył do jej mózgu. Podszedł do niej pewnie, po czym jednym ruchem ręki ściągnął jej bluzkę. Delikatnie całował ją po szyi i dekolcie, powoli odpinając stanik. Chciała wykonać jakikolwiek ruch, lecz on jej nie pozwolił, tylko zaszeptał coś do jej ucha, w tym samym momencie zdejmując jej stanik. Lekko pchnął ją na łóżko, a sam położył się obok, biorąc ponownie do „roboty”.
Zaczął zwinnie pieścić językiem jej piersi, a ona od czasu do czasu pojękiwała z rozkoszy. Stopniowo schodził coraz niżej, ściągnął jej spódnicę i zsunął majtki, a obie części garderoby wylądowały na podłodze. Podciągnął się w końcu tak, że ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie, rękami jednak dalej pieszcząc jej ciało, które wyraźnie krzyczało o więcej. Zatopili się w pełnym namiętności pocałunku. Szybko ściągnęła mu spodnie i bokserki, które wraz z resztą znalazły się na ziemi. Wszedł w nią, powoli i delikatnie, jakby to był ich pierwszy raz. Poczuła coś wspaniałego. Orgazm, cudowna fala rozlewająca się po całym ciele, biorąc je pod kontrolę i obezwładniając. Krzyk rozkoszy przedzierający się przez ciszę, panującą wokół nich. Zamknęła oczy, które i tak w tej chwili były zbędnym zmysłem. Teraz przede wszystkim liczył się dotyk. Jego dotyk.
Kiedy skończyli, a on położył się obok niej, spojrzał na nią... na jej twarzy wciąż igrał błogi uśmiech, a w uszach wciąż grała przepiękna muzyka, biorąca się niewiadomo skąd. Otworzyła oczy, które nadal były spowite mgłą. Siłą myśli starała się odtworzyć każdy jego ruch i co wtedy czuła, po raz kolejny przeżywając to od początku.
Przyciągnął Hermionę do swojego ciała. Wplątał rękę w jej włosy, bawiąc się pojedynczymi pasmami kasztanowych loków, w których odbijało się światło słońca otulającego pokój. Gdy już tal leżeli jakiś czas, nagle poczuł jak drży.
- Czemu drżysz? – zapytał, wpatrując się w jej bursztynowe tęczówki, fascynujące – mieniące się w zależności od kąta padania światła.
- Co? – spojrzała na niego nieprzytomnie, wciąż pogrążona w świecie marzeń. – Wydaje ci się – dodała po chwili, gdy dotarło do niej w końcu co do niej powiedział.
- Zimno ci?
- Nie...
- To dlaczego drżysz?
- Hmm... można to inaczej zinterpretować – uśmiechnęła się uroczo, wtulając się w niego jeszcze bardziej, o ile to było możliwe.
- Na przykład jak?
- A jak myślisz...?
- No tak, ale powiedz mi... co byśmy zrobili, jakby ktoś tu wszedł?
- Hmm... jest na to sposób – wstała, po czym podeszła do swoich rzeczy i wyciągnęła spośród nich różdżkę, po czym machnęła różdżką w stronę drzwi.
Rozmarzonym wzrokiem obserwował każdy jej ruch, tak naturalny, nieskrępowany nagością, zarazem lekki i delikatny. Zwinny, giętki, wręcz pasjonujący! Coś kazało mu wpatrywać się w nią z taką zachłannością, jakby czuł, że długo nie zazna tej przyjemności...

- Draco! – godzinę później ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź, chciał wejść, lecz zaklęcie go powstrzymało. – Draco! Możesz mi otworzyć?! – dobiegł ich zdenerwowany głos Nadine zza drzwi. – Ojciec chcę z tobą rozmawiać.
Chłopak przewrócił się na plecy, odrywając się od Hermiony. Jęknął z irytacją, że też akurat teraz mu się zebrało na rozmowy. Nie był tym zadowolony, ale mus to mus. Niestety musi się jeszcze słuchać ojca.
- Powiedz mu, że zaraz przyjdę – warknął, wstając z łóżka.
- Ale... powiedział, że to pilne i masz natychmiast zejść – powiedziała.
- Ale chyba nie aż tak pilne, żebym musiał do niego zejść goły...
- Aha, rozumiem – mruknęła, domyślając się o co chodzi.

***

Czemu ojciec nie powiedział Nadine od razu, że będą mu w czymś potrzebni na dłużej. Nic nie wspomniał, że będą musieli stać na czatach, w czasie gdy inni śmierciożercy będą nad czymś pracować, tylko nad czym oni się tak męczyli też im nie zdradzili.
Kiedy wrócili do domu było już grubo po północy. Zmęczona Nadine od razu udała się do swojego pokoju, nawet się nie przebierając, walnęła się na łóżko, natychmiast zasypiając.
Po chwili on ruszył na piętro. Zatrzymał się obok drzwi sypialni Hermiony, ostrożnie uchylił je lekko. Spała, oddychając spokojnie, od czasy do czasu pomrukując coś przez sen. Zamknął drzwi, powoli podszedł do jej łóżka, cały czas bacznie jej się przyglądając. W pewnym momencie poruszyła się niespokojnie, otworzyła oczy, nad sobą zobaczyła wpatrującego się w nią blondyna.
- Coś się stało? – zapytała nieprzytomnie, utkwiwszy w nim zaspany wzrok.
- A czemu miałoby się coś stać?
- No bo przychodzisz do mnie w środku nooocy – ziewnęła. – A tak w ogóle to gdzie was posiało na cały dzień? – zapytała kiedy już troszkę oprzytomniała.
- Musieliśmy wyjść – powiedział tonem kończącym temat, bo jakoś nie miał ochoty o tym gadać i sobie przypominać czyjeś wrzaski dochodzące z jakiegoś opuszczonego budynku w bardzo zapuszczonej dzielnicy.
Czuł to, na nowo poznawał co to jest miłość, na nowo poznawał kim ona jest dla niego. Nie przypuszczał, aby kiedykolwiek mógł stwierdzić, sam przed sobą, że kogoś kocha, a w dodatku tą osobą jest Hermiona Granger, przyjaciółka jego najlepszego wroga. Chociaż już nie był tego taki pewien, przecież zdradziła go, dołączając do śmierciożerców, bez wahania... ale czy aby na pewno.
- Co ci jest? – zapytała, kiedy tkwił tak w zamyśleniu już dłuższy czas.
- Nic... myślałem tylko... – zawahał się przez chwilę- nie ważne – odparł w końcu. – Pójdę już – wstał z łóżka, po czym skierował się do drzwi.
- Draco, nie idź... proszę cię, zostań – powiedziała, kiedy jego ręka już spoczywała na klamce.
Spojrzał na nią, jakby zastanawiając się co ma zrobić, lecz rzeczą oczywistą było to co zrobił. Wśliznął się pod kołdrę, po czym objął Hermionę ramieniem. Odwróciła się do niego tak, że ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Czuła jak biło od niego jakieś dziwne ciepło, było jej bardzo dobrze w jego objęciu, mogłaby tak trwać bez końca.

***

Kiedy się obudziła, jego już nie było. A na stoliku, na którym w nocy zostawił swoje ubrania, teraz leżały dwie gazety, a obok nich dumnie stała biała sowa Harry’ego, którą od razu poznała. Odwiązała liścik, przywiązany do jej nóżki, po czym zaczęła czytać kolejne słowa w nim zawarte.
Nie wiedziała czy domyśla się prawdy, ale obojętnie jaką by otrzymała odpowiedź, musi mu o tym powiedzieć sama, nie może się przecież dowiedzieć tego od kogoś innego. Czułaby się wtedy z tym jeszcze gorzej. Z drugiej strony, nie mogła znieść myśli, że po raz kolejny zada mu cios poniżej pasa, wbije kolejny sztylet w jego i tak zakrwawione serce, po tym wszystkim co do tej pory przeszedł.
Skończywszy go czytać, wzięła z biurka jakiś świstek pergaminu, a w ręce już trzymała pióro. Pisząc kolejne słowa, czuła się jeszcze gorzej niż wcześniej z myślą, że on się dowie. Chociaż z tego co napisała, nikt by się nie domyślił prawdziwych jej intencji, prosiła go tylko o spotkanie, w Dziurawym Kotle. Na koniec dopisała tylko, żeby przyszedł sam, jakoś nie miała ochoty zwierzać się temu rudzielcowi, który często wykazywał się brakiem taktu i bała się, że i tym razem palnie coś głupiego. Przywiązała krótki liścik do nóżki sowy, która od razu wyleciała przez otwarte okno.
Gdy tylko ta znikła jej z oczu, wzięła do ręki obie gazety. Jedna była wczorajsza, a na niej widniało wielkie zdjęcie zajmujące większą część strony, opatrzone było nagłówkiem, który wstrząsną totalnie, a głosił: Najpotężniejszy nie żyje! Dumbledore zabity!.

Wszyscy pogrążamy się w ogólnej żałobie,
albowiem stała się rzecz straszna,
której nikt by się nie spodziewał.
Wczoraj około godziny jedenastej w nocy,
Albus Dumbledore został napadnięty,
nie miał szans wobec 20 śmierciożerców
w towarzystwie 5 zmutowanych dementorów,
którzy są jeszcze groźniejsi niż wcześniej,
a co najgorsze służą Sami-Wiecie-Komu.(...)
Cały świat opłakuje śmierć czarodzieja,
który jako jedyny miał przezwyciężyć
Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.(...)
Nasza ostatnia nadzieja w osobie,
w której Dumbledore widział naszego wybawcę,
a którego także napadnięto tej samej nocy,
w Harrym Potterze...(...)


Dalej przelatywała tylko wzrokiem, wyczytując poszczególne wyrazy, rozumiejąc ogólny sens, co miało miejsce dwa dni temu, zajmowało to całe trzy strony, były tam też wypowiedzi wielu znanych magów, a także przyjaciół Dumbledore’a. Na końcu artykułu pojawiła się informacja, że pogrzeb odbędzie się za tydzień na terenie Hogwartu, tak jak on sobie tego życzył.
Nie była pewna, czy po tym jak napadli Harry’ego, puszczą go gdziekolwiek samego, bo przecież nie mogą ryzykować jego życia. Jednak miała nadzieję, że uda mu się wyrwać, chociażby na godzinę, jeśli nie... to poczeka z powiedzeniem mu tego do rozpoczęcia roku szkolnego, nie chciałaby, aby dowiedział się o tym ktoś jeszcze, życie mogłoby się wtedy okazać zbyt trudne, aby je ciągnąć wśród tylu wrogich spojrzeń.
- Widzę, że już wstałaś – wychodząc z pokoju, dosłownie wpadła na Draco, który właśnie szedł do niej, żeby ją obudzić. Niestety nie zdążył. A miał już ułożony plan, jak to zrobić... no cóż, zostanie na następny raz. – Do śniadania mamy jeszcze sporo czasu, więc ‘miło’ by było spędzić ten czas razem... – powiedział przyciągając ją do siebie, unieruchamiając całe jej ciało.
- Czy ty zawsze musisz się do tego 'tak' zabierać? - zapytała.
- To znaczy jak?
- Unieruchamiając i nie dając w ten sposób żadnego wyboru.
- A co... nie masz ochoty? - zapytał, spoglądając w jej oczy, spodziewając się jaką otrzyma odpowiedź.
- Chyba znasz to odpowiedź, ale nie o to chodzi...
- A o co?
- O to, że zawsze jest tak, jak ty chcesz.
- Ja chyba nigdy nie zrozumiem tych kobiet - mruknął, ostentacyjnie przewracając oczami. - No więc co proponujesz?
- Hmm... nie wiem. Może jednak ty coś zaproponuj...
- Matko jedyna! Jeśli jakiś facet stwierdzi, że rozumie kobiety, to przedstawię mu ciebie, a jak nie zrozumie to mu walne.
- Chyba nie jesteś zły? - zapytała wpatrując się w jego niebieskie tęczówki.
- A czy ja wyglądam na babę, która o byle co się obraża?
- Wypraszam sobie!
- No sama widzisz... - zaśmiał się
- Ja się przecież nie obraziłam.
- Tylko się oburzyłaś... - znowu się zaśmiał, widząc jej minę. - No dobra, a więc na czym stanęliśmy, bo chyba nie będziemy tu stać i kłócić się jak stare małżeństwo – niby niewinne, wypowiedziane w żarcie zdanie, a jednak dla niej znaczyło ono bardzo dużo, sama nawet nie wiedziała dlaczego.
- No raczej nie...
Nie czekając czy jeszcze coś powie powrócił do wcześniej przerwanej czynności, a mianowicie całowania jej ust i dekoltu.
- Może później – zaśmiała się, kiedy chciał ściągnąć jej bluzkę. – No wiesz, za chwilę będzie śniadania – dodała naciągając ją z powrotem na swoje miejsce.
- Zawsze jednak można opuścić jakiś posiłek...
- No też prawda, ale ja jestem głodna – obdarzyła go dłuższym pocałunkiem i przez całe te kilkanaście sekund miała wrażenie, że próbuje jej wepchnąć język do ust, ale z marnym powodzeniem. – Może ci się uda po śniadanku – zachichotała, po czym wyszła z pokoju, a on za nią.

***

Na wieczór, kiedy powróciła do swojego pokoju, za oknem czekała już na nią Hedwiga, niecierpliwie kłapiąc dziobem i postukując w szybę. Szybko wpuściła ją do środka, a ta z gracją usiadła na oparciu fotela, wystawiając przed siebie nóżkę z listem. Hermiona odwiązała go i przeczytała co Harry napisał. Zgodził się, zapewnił ją, że przyjdzie sam. Odetchnęła z ulgą. Odpisała jeszcze tylko, żeby spotkali się w Dziurawym Kotle o 12h.
Sowa spojrzała na nią z niezadowoleniem i oburzeniem, że nawet chwilę nie dała jej odpocząć, a w dodatku niczym nie poczęstowała, ale posłusznie wyleciała z pomieszczenia.
Czyli nie ma już odwrotu, jutro Harry się o wszystkim dowie. A wtedy... możliwe, że nie będzie już chciał jej znać, no ale nie mogłaby się dziwić, po tym co zrobiła.

Tej nocy mało co spała, męczyły ją wizje dnia następnego, co powie kiedy się dowie prawdy, jaka będzie jego pierwsza reakcja, czy też nic by nie powiedział, tylko najzwyczajniej w świecie odszedł, nie obdarzając ją nawet najkrótszym spojrzeniem, zawiedziony że jego najlepsza przyjaciółka byłą zdolna do czegoś takiego. tego dowie się dopiero jutro.

***

Co chwilę spoglądała na zegarek, noga pod stołem podrygiwała nerwowo, a spojrzenie miotało się po wszystkich i we wszystkie strony.
- Cześć – podszedł do niej wysoki brunet.
- Cześć, Harry – uścisnęli sobie dłonie.
Wstała i oboje ruszyli do przejścia na ulicę pokątną. Przez jakiś czas przemierzali ją w milczeniu, spoglądając na siebie niepewnie co jakiś czas, ale zaraz odwracając wzrok.
- Gdzie teraz mieszkasz teraz? Wszyscy się o ciebie martwią – jako pierwszy odezwał się Harry.
- U znajomych, nie ważne u kogo dokładnie – odparła szorstko. – Nie chciałbyś wiedzieć – dodała łagodniej.
- Wiesz, że Dumbledore.. nie żyje? – mruknął smętnie.
- Tak, czytałam w Proroku, przykro mi...
Na chwilę przystanęli, aby móc przyjrzeć się wystawie sklepu Freda i George’a Weasley’ów, w której co chwilę śmigały rude czupryny bliźniaków.
- Muszę ci o czymś powiedzieć – zaczęła, kiedy ponownie ruszyli. – Tylko nie wiem jak zacząć...
- Powiedz po prostu
- Ale to nie jest takie łatwe – mruknęła. – Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce.
Wyszli z Pokątnej i skierowali się do najbliższego parku.
- No więc co chcesz mi powiedzieć? – zagadał niecierpliwie.
- Ja... to nie jest takie proste... – wzięła głęboki wdech. – Ja jestem... jedną z nich... jedną z...
- Nie kończ! – przerwał jej nagle, a w jego oczach było widać mieszankę najgorszych uczuć jakich mógł w tej chwili doznać. – Jak mogłaś mnie... NAS okłamać?!
- Przykro mi... ale nie ja jedyna i nie ostatnia – mruknęła. – Myślisz, że Dumbledore nawet po swojej śmierci mówił ci o wszystkim?
- Myślę, że tak. Ale ty pewnie zaraz mi udowodnisz, że się mylę – prychnął.
- A żebyś wiedział! Dumbledore ukrywał przed tobą, że Syriusz nie żyje!
- J-jak to?! Przecież widziałem jak umiera! A poza tym on by szukał ze mną kontaktu! Nie pozwoliłby, żebym myślał, że on nie żyje, żebym o nim zapomniał!
- Och, to przecież logiczne! Zrobili to naumyślnie, żeby Czarny Pan myślał, że jesteś załamany i osłabiony psychicznie z powodu utracenia najbliższej ci osoby, która niewątpliwie był Syriusz!
- Zawsze musisz to pokazać – syknął.
- Co?
- To, że jesteś najmądrzejsza, najbystrzejsza i...
- Wiesz co... ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu! – warknęła.
- Masz rację... nie ma sensu rozmowa z taką osobą jak ty!
- Jesteś beznadziejny – prychnęła.
Odwróciła się na pięcie i odeszła. Jak on mógł się tak zachować?!


=====

Noteczka długa... i proszę was... raz wyjątkowo, niech każdy kto ją przeczyta da komcia, byłabym bardzo wdzięczna :D:D:D

komentarze [128]





Tytuł : 33.Notting Hill
Data : piątek, 20 stycznia 2006
Godzina : 18:24:56
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [115]


Nareszcie! W końcu wyskrobałam notke i jak widzicie zmieniłam szablonik, tylko cuś tło się źle ciągnie, ale to na razie jest najmniej ważne. Notka hmm... co by tu o niej powiedzieć. Jej koniec, hmm.. moim zdaniem najciekawszy, nie dokońca skończony, ale to specjalnie ;P Trochę to zajęło zanim to co chciałam wyrazić, przeniosłam na komputer, bo nie wiedziałam, jak wam to przedstawić, żebyście mogli sobie to wyobrazić, mniej więcej tak jak ja. Zdradze tylko, że nazwy pojawiające się w notce ulic i dzielnic są prawdziwe ;]
No dobra, co ja będę dalej przynudzać, skoro i tak zazwyczaj omijacie to co pisze od siebie. Mam tylko taką jedną skromną nadzieję, prośbę... broń boże żądanie (!!!)... Zróbcie mi tę przyjemność i pobijcie swój rekord komentów (68), byłabym bardzo wdzięczna ;D
A oto długo wyczekiwana notencja ;P

P.S.Chciałabym jeszcze podziękować JASIENCJI za te wszystkie komentarze, których doliczyłam się 4 tylko pod tą notką, wielkie dzięki, fajnie że zacytowałaś fragmencik, po raz pierwszy się z czymś takim spotkałam ;P Pozdruffka :*


*Notkę dedykuję wszystkim moim przyjaciołom, którzy są przy mnie i wspierają w pisaniu. Nesso kochana, mam nadzieję, że jeszcze nie raz się pośmiejemy przy wymyślaniu takich sytuacji ;]


***Aktualizacja z dnia: 26.01.2006r. o godz. 21:07***
Zapraszam wszystkich na mojego najnowszego bloga, który mam nadzieję wam się spodoba. Tym razem nie jest nawet w najmniejszym stopniu związany z HP co jest jego największą (moim zdaniem) zaletą, ponieważ w końcu wymyśliłam coś swojego ;P Aby na niego wejść KLIKNIJ TUTAJ Jeśli jednak link ci się nie uaktywni oto adres: www.daughter-of-the-dark.mylog.pl
Wielkie dzięki tym 240 osóbkom za dodanie do ulubionych, bo to głównie dzięki wam coraz więcej gości wstępuje w te progi :*

***Aktualizacja z dnia: 03.02.2006r. o godz. 16:01***
Prosiłam, groziłam ale i tak nic to nie dało. Tylko nieliczni wysłuchai mojej prośby, żeby nie dawać reklam do komentarzy, ponieważ sobie tego nie życze... no ale kogo to obchodzi... Oczyićie tak ak obiecałam komentarze reklamowe zostały usunięte... przynajmniej te najbardziej rażące w oczy ;>

***Aktualizacja z dnia: 04.03.2006r. o godz. 16:04***
Chciałam tylko was poinformować, że biorę udział w konkursie na najlepszego bloga na Em Watson and Friends zapraszam do głosowania ;P

***Aktualizacja z dnia: 05.03.2006r. o godz. 18:32***
Przepraszam, zamierzałam dzisiaj dodać notkę, ale nie wiem czy zdążę, ponieważ dopiero weszłam na komputer w dodatku tylko na 2h. Najwyżej jutro będzie. Wiem, że i tak tego nikt nie czyta, ale chciałabym was przeprosić, że tak długo musicie czekać na kolejne notki, ale na prawde... coraz trudniej jest mi coś wymyślić, bo coraz wyższe stawiam sobie wymagania, chociażby porównajcie sobie pierwszą notkę, z tymi które pojawiają się teraz... moim zdaniem jest to baaardzo duża różnica... A więc przepraszam was, postaram się, aby notki pojawiały się wcześniej... tzn jeśli się uda, a mój móżdżek się nie przegrzeje
Buziaki :*


=======================================


Zwolniła do normalnego chodu i ruszyła w stronę przystanku, którego zarys widziała z daleka. Ledwo co do niego doszła, a podjechał duży czerwony piętrowy autobus, do którego od razu wsiadła. Usiadła przy oknie i patrzyła, jak mija kolejne domy i ulice.
W końcu dojechała, Notting Hill, jedna z najbardziej znanych dzielnic w Londynie. Mieszkało tu dużo znanych z kolorowych pism gwiazd i gwiazdeczek mugolskich, o których zdążyła zapomnieć, żyjąc w świecie magii. Idąc powoli między ulicami, mijała stada rozchichotanych fanek, które przechwalały się, że jakaś gwiazda na nie spojrzała, albo nawet zaprosiła na randkę, co było przeżyciem dla nich niemal porównywalnym z orgazmem.
Jednak ona nie zwracała na nich najmniejszej uwagi, głowę miała zaprzątniętą o wiele ważniejszymi sprawami niż te puste nastolatki, których życie ogranicza się do szkoły i umawiania się na randki z kolejnymi chłopcami, ostatecznie zawodem miłosnym, bo wybranek okazał się inny niż sobie to wyobrażały. Zastanawiała się, jak to teraz będzie, jak będzie toczyło się jej życie, kiedy w końcu będzie musiała wyznać im prawdę, kim się stała.
Powoli mijała kolejne uliczki, które stawały się coraz spokojniejsze i nie były zbytnio zaludnione, tylko co jakiś czas można było minąć jakiegoś biznesmena z plastikowym kubkiem kawy, co jakiś czas sącząc z niego już zimny napój. Czasami ktoś za nią wołał, myśląc, że to jego jakaś znajoma, albo też ludzie, których znała z poprzednich wizyt w tym miejscu chociażby z widzenia, a grzeczność nie pozwalała jej nie powiedzieć chociażby zwykłe: „Dzień dobry”.
Doszła do starej wystawy, na której było widać delikatnie zakurzone książki, co dodawało im takiej dziwnej tajemniczości i wbrew pozorom, nie była to księgarnia stara i zapuszczona, w której ostatnia nowa książka pojawiła się kilka lat temu. Wiele osób tutaj zaglądało regularnie po nowości, były tu tytuły, których w innych księgarniach nie można było dostać, ponieważ właścicielka często dawała szanse młodym pisarzom i skupywała po kilka egzemplarzy ich książek, które bardzo szybko się rozchodziły.
Otworzyła drzwi i od razu usłyszała charakterystyczny dzwoneczek, obwieszczający nadejście kolejnego klienta, wtedy to zza starej zasłony wyjawiała się sędziwa japonka o miłym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry Hermiono – uśmiechnęła się do dziewczyny, a ta odwzajemniła ten gest.
- Dzień dobry pani Sakuzi.
- Herbaty? – zaproponowała kobieta, zapraszając dziewczynę do małego pomieszczenia, z którego uprzednio wyszła.
- Tak, dziękuję...
Po chwili po pomieszczeniu rozszedł się słodkawy aromat tradycyjnej japońskiej herbaty, który delikatnie podrażniał zmysły i koił myśli.
- Mmm... co za zapach –westchnęła Hermiona, siadając po turecku na poduszce przy stoliku.
Przysunęła sobie filiżankę bliżej twarzy napawając się zapachem, po czym upiła jej łyk, a płyn rozpłynął się w jej ustach by po chwili zniknąć w gardle, nadal pozostawiając po sobie cudowny smak.
- Powiedz, jak ci minął rok szkolny? – pani Sakuzi uśmiechnęła się do Hermiony.
- Eh, długo by opowiadać. Tyle się wydarzyło... – mruknęła Hermiona.
- Nie wiem jak tobie, ale mi się nie śpieszy i jak chcesz możesz mi wszystko opowiedzieć – staruszka uśmiechnęła się pogodnie. – Chyba, że nie chcesz, to oczywiście uszanuję twoją decyzję.
Hermiona nie musiała się długo zastanawiać, ponieważ wiedziała, że może jej zaufać. Nie raz, gdy tu przychodziła zwierzała się jej co ją trapi. Mogła jej powiedzieć o wszystkim, ponieważ pani Sakuzi także była czarownicą, jednak ona uważała, że to było kiedyś i że teraz nie ma nic wspólnego z magią, a odcięła się od niej już bardzo dawno i teraz jedynym źródłem informacji z tamtego świata była dla niej Hermiona.
Za oknem zrobiło się całkowicie ciemno, gdy Hermiona skończyła opowiadać wszystko, co najważniejsze wydarzyło się przez ostatni rok szkolny.
- Czyli teraz jesteś po Jego stronie? –zapytała pani Sakuzi.
- Tak, a najgorsze jest to, że – wzięła głęboki wdech – pierwsze o czym pomyślałam to, że nie będę już musiała znosić Harry’ego...
- Mogły to wywołać emocje, które tobą ogarnęły, a poza tym... nie ty jedyna obwiniasz go o śmierć Syriusza...
- Ale właśnie o to chodzi, że ja mam coraz więcej wątpliwości co do tego, że on nie żyje, bo... bo słyszałam rozmowę dyrektora z jednym z nauczycieli i... i rozmawiali o tym, że on żyje, że jest gdzieś ukryty. A raz to chyba go spotkałam – powiedziała. – Ja nie wiem, co ja mam o tym myśleć.
Zapanowało dziwne milczenie, rozchodzące się echem po małym pomieszczeniu, jakby było ono ogromnym hollem.
- A na koniec ta kłótnia z rodzicami – słowa przedzierające się szeptem przez zasłonę ciszy.
- Tym się nie powinnaś przejmować, po prostu przechodzisz przez okres młodzieńczego buntu...
- Ale ja wiem... wiem, że to nie był taki zwyczajny bunt, to we mnie tkwiło od dawna, tylko nie miałam odwagi, żeby im to wykrzyczeć, tym bardziej nie z tak liczną publicznością...
Kobieta tylko wzruszyła ramionami i podeszła do okna, za którym panowała w pełni rozkwitła noc, a granatowe niebo było nadzwyczaj gęsto usiane gwiazdami.
- Jak chcesz możesz u mnie przenocować, bo przecież nie wygonie ciebie na ulice w środku nocy – odezwała się w końcu.
- Dziękuje pani bardzo
- Nie ma sprawy – japonka uśmiechnęła się, po czym zniknęła na schodach prowadzących na piętro budynku.
Hermiona wypiła resztę herbaty, która pozostała w jej filiżance. Poczuła napływające zmęczenie, pod którego ciężarem powieki bezwiednie opadały na policzki dziewczyny, ale od razu je otwierała. Po kilku minutach w pokoiku ponownie pojawiła się pani Sakuzi.
- Przygotowałam ci pokój – powiedziała krótko, po czym gestem pokazała, żeby za nią poszła.
Wdrapały się po schodach i weszły do pokoju, po ich prawej stronie. Znalazły się w niewielkim pomieszczeniu, którego większą część zajmowało osobowe łóżko i po przeciwnej stronie szafka na ubrania. Stało tam także niewielkie biurko i komódka przy łóżku. Sypialnię oświetlała jedynie lampa stojąca przy wejściu, dawała jednak wystarczająco dużo światła.
- Życzę ci miłej nocy – wycofała się z pokoju, zamykając drzwi.
Hermiona jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się w kroki odchodzącej kobiety, dopiero kiedy ucichły całkowicie przebrała się w koszulę, która leżała na łóżku.

***

Przeciągnęła się na łóżku, rzucając przeciągłe spojrzenie na pokój, z początku nie zdawała sprawy gdzie jest i jak się tam znalazła. Przebrała w ubrania, po czym wyszła z pokoju pozostawiając w nim idealny porządek, tak jakby tej nocy nikt w tym pokoju nie spędził nocy.
- Już wstałaś – zanim zdążyła wejść na schody spotkała japonkę. – Chodź, zrobiłam śniadanie – puściła jej oczko.
Po posiłku zajrzała jeszcze do kilku książek i pożegnała się z kobietą, no i wyszła. Nie miała zamiaru narzucać się kobiecie, już i tak wystarczająco dla niej zrobiła, pozwalając zostać jej u siebie na noc. Tylko, że teraz nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, gdzie iść. Zdecydowanie nie podobała jej się wizja zamieszkania pod mostem, ale nie miała także zamiaru wracać do domu swoich rodziców, za wcześnie na to, bo mogłoby jeszcze tylko pogorszyć sprawę.
Krążyła pomiędzy kolejnymi ulicami Notting Hill, błądząc bez celu, tylko po to, żeby nie myśleć o pustym żołądku, co jednak i tak nie dawało żadnych rezultatów.
- Co ja mam teraz zrobić? – westchnęła bezradnie opadając na ławkę, obok której właśnie się znalazła.
Rozejrzała się dookoła i dopiero teraz zauważyła, że znalazła się w parku, który był jednym z jej ulubionych miejsc. Sama nie wiedziała dlaczego, może dlatego, że było to miejsce osobliwe, tajemnicze, a czasami wydawałoby się magiczne, kiedy to nocą miliony gwiazd prześwitywały przez wielkie korony drzew. Przymknęła oczy wyobrażając sobie właśnie taki widok, pozwoliło to jej przynajmniej na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości ją otaczającej.
Słońce delikatnie muskało jej policzki, delikatnie obsiane prawie niewidocznymi drobnymi piegami, w pewnym momencie coś je przysłoniło, a jej twarz oblał zimny cień.
- Co ty tutaj robisz Granger? – nie musiała nawet otwierać oczu, wystarczył sam głos.
Drgnęła, otwierając powieki i osadzając bursztynowe tęczówki na blondynie, stojącym przed nią i wpatrując się w nią uparcie czekając na odpowiedź. Podciągnęła się do siadu prostego, nie spuszczając wzroku z Malfoy’a.
- Nie widać?
- Widać, że tu siedzisz, ale ty przecież mieszkasz na drugim końcu miasta w Lambeth – zauważył.
- Skąd ty to wiesz? – zapytała spoglądając na niego podejrzliwie.
- Nie ważne. No więc odpowiesz?
- Uciekłam z domu – syknęła.
- To gdzie ty teraz mieszkasz? – zapytał.
- Jakby ciebie to w ogóle obchodziło – prychnęła wstając.
- Obchodzi – odparł.
- Nigdzie, dzisiaj co prawda przenocowała mnie pani Sakuzi, ale przecież nie będę się jej narzucać... Czy teraz ci lepiej, jak się dowiedziałeś?!
- Mam dla ciebie propozycję – zaczął nie zwracając uwagi na jej ostatnie zdanie.
- Jaką? – spojrzała na niego zdumiona, co też chce jej zaproponować.
- Mogłabyś u mnie zamieszkać – wypalił. – Chyba, że wolisz zamieszkać pod mostem – dodał po chwili.
- Co?! Ty... ty mi proponujesz, żebym z tobą zamieszkała?! – tego się nie spodziewała, nawet w najśmielszych myślach, co też on mógłby zaproponować.
- Co prawda są jeszcze moi rodzice i siostra, no ale raczej znajdzie się miejsce.
- Powiedz, czy ty sobie przypadkiem ze mnie nie żartujesz?! Po raz kolejny... chcesz ze mnie zrobić idiotkę! – jej głos poniósł się echem po parku, a kilka ptaków z pobliskich drzew wzbiło się w powietrze spłoszone.
- Nie chcę z ciebie robić idiotki – powiedział, łapiąc ją mocno za nadgarstki, które mimowolnie powędrował w górę, chcąc zadać cios, chcąc zadać przynajmniej namiastkę bólu, jakiej on jej zadał przez te wszystkie lata. – Uspokój się – przycisnął ją do swojego ciała, tak że nie mogła się ruszyć.
Po policzkach spłynęły cienkie stróżki łez, kończąc swój żywot na bluzie chłopaka, który dopiero po chwili zauważył, że Hermiona płacze. Odsunął się, tak aby móc spojrzeć na jej twarz, uniósł rękę, po czym zewnętrzną stroną dłoni, otarł łzy, które kłębiły się w kącikach oczu dziewczyny.
Nachylił się do niej, przymknęła oczy. Coraz bliżej czuła jego oddech, słyszała bicie jego serca, które w przeciwieństwie do jej, biło spokojnie – równo. Nie wiedziała czemu, ale wsłuchiwała się w ten dźwięk, jakby to była najpiękniejsza muzyka. Wyłączyła się całkowicie. Chwila. Jedna ulotna cząstka czasu nas otaczającego. Tak nieuchwytna. Nie dająca się zatrzymać. Biegnąca własnym torem, dla obcych oczu niedostrzegalna. Jego wargi złączające się z jej w pocałunku. Szalejące zmysły. Magia... chwili. Zakręciło jej się w głowie od mieszanki zapachów, wibrujących w powietrzu. A potem, nie wiadomo skąd, to dziwne uczucie mrowienia, po którym następuje pustka, przerażająca nicość opanowująca wszystko dookoła. Złudzenie czarnej przestrzeni ciągnącej się bez końca. Zachwiała się na nogach, które uparcie się uginały pod ciężarem jej drobnego ciała, aż w końcu wygrały.
Jeszcze moment, sekunda wahająca się w ciężkim powietrzu, uderzyłaby głową o drewniany kant ławki. Draco w ostatniej chwili zorientował się, że coś jest nie tak, złapał ją, ustrzegając przed upadkiem. Zawisła na nim przez chwilę, a on rozglądał się po okolicy, gdzie się znajdują. Jego wzrok przykuł ogromna willa, stojący na końcu alejki ciągnącej się daleko przed nim.
Ruszył powoli dróżką, a krajobraz stopniowo zaczął się zmieniać z typowo parkowego-leśnego w ogródkowy, głównie porośnięty przez równo przystrzyżoną trawę i kwiaty rosnące w równych rzędach i odstępach, tak nienaturalnie idealne. Lecz wraz z granicą płotu jego domu, znowu zaczęły rozciągać się lasy, a trochę dalej można było dostrzec mieniące się w świetle promieni słońca małe jezioro.

***

Otworzyła oczy rozglądając się po pomieszczeniu. Nie myślała przytomnie, więc do głowy nie przyszły jej pytania gdzie jest i skąd się tu wzięła. Marzyła tylko o tym, aby znowu wtulić głowę w miękką poduszkę i dalej spać. Obróciła się na drugi bok, a raczej chciała, ponieważ zamiast miękkiego materaca, zaliczyła upadek z dość wysokiego łóżka na twardą podłogę. Wstała masując bolące miejsca.
- Widzę, że już wstałaś... – ciche skrzypnięcie drzwi, przez które do pokoju wszedł Draco. – Jesteś w moim domu, Malfoy Manor – uprzedził ją, odpowiadając na jeszcze nie zadane pytanie, które i tak w końcu wypłynęłoby z jej ust.
- A jak się tu znalazłam? – zapytała.
- Zemdlałaś, to cię tu przyniosłem... – odpowiedział.
Spojrzała na Malfoy’a, który dziwnie się jej przyglądał. Podążyła za jego wzrokiem, dopiero teraz się zorientowała, że jest w samej bieliźnie! Speszona szybko wskoczyła pod kołdrę i okryła się nią tak, że było widać tylko głowę.
- A jak to się stało, że jestem w samej bieliźnie? – w końcu wydusiła z siebie.
- No wiesz... skorzystałem z tego, że byłaś nieprzytomna i się trochę zabawiłam – odparł złośliwie.
- Że co?! – warknęła, miłość miłością, ale miała wielką ochotę mu przywalić.
- Przecież żartuję – parsknął śmiechem – no bo nie ma to jak zabawianie się z tobą, jak jesteś przytomna – dodał.
Zatkało ją, niemo wpatrywała się, jak podchodzi do jej łóżka, kucając przy nim, a po jej ciele przeszedł mimowolny dreszcz.
- Spij dobrze, już późno – musnął jej usta swoimi wargami – jutro się „zabawimy” – dodał wstając, po czym wyszedł z pokoju.
- Dobranoc – szepnęła prawie niesłyszalnie, kiedy drzwi lekko skrzypiąc, zamykały się za nim. Sen przyszedł niespodziewanie, jakby spowodowany jakimś zaklęciem.

***

W tym samym czasie, w miejscu oddalonym o wiele mil od Powis Square, w domu przy ulicy Privet Drive, młody 17-leyni mężczyzna siedział już nad kolejnym arkuszem pergaminu z kolei, a duża ich sterta leżała na podłodze, a część w koszu. Harry po raz kolejny zamoczył pióro w kałamarzu z atramentem.

”Kochana Hermiono...”

Nie! Tak nie może zacząć! Kolejny zgnieciony pergamin znalazł się w koszu, razem z pozostałymi.

”Droga Hermiono...”

Chwilę się zastanowił, aż w końcu się zastanowił, że tak może zacząć.

”...gdzie jesteś? Dzwoniłem do ciebie do domu, ale twoi rodzice powiedzieli, że odkąd pokłóciłaś się z nimi na dworcu, nie widzieli się z tobą. Oni się naprawdę o ciebie martwią. Daj znać, przynajmniej, że żyjesz...
Muszę ci coś wyznać...”


Ręka z piórem zawisła w powietrzu, mięśnie napięły się w wyczekiwaniu. Napisać to czy nie? Wyznać jej to, co w ni9m siedzi od kilku, może kilkunastu tygodni, sen powtarzający się co noc jak zacięta płyta, nie dająca spokoju, nie dająca się wyłączyć. Okropne uczucie, że coś jest nie tak, ale nie da się powiedzieć, co to jest dokładnie.

”...nie będę pisał, że cię kocham, bo o tym wiesz bardzo dobrze...”

Łza bólu i żalu mimowolnie spłynęła po jego policzku, była kolejną kroplą nienawiści do tego świata, strasznego i okrutnego, znęcającego się szczególnie na nim, stawiając na jego drodze ciągłe przeciwności losu, zabrania mu być do końca szczęśliwym.

...Pamiętasz ten dzień, kiedy spotkaliśmy się w Pokoju Wspólnym, tak mniej więcej w kwietniu? Miałem sen, ale całkowicie inny od reszty, byłaś w nim ty... Widziałem, tak jakby wszystko po kolei, od początku do końca. Razem z Malfoy’em wybrałaś się do siedziby Voldemorta, a on... wypalił ci Mroczny Znak na ramieniu. A potem widziałem, jak idziesz do dormitorium, dlatego wtedy zszedłem, chciałem sprawdzić i ty tam byłaś, ale ja i tak nie chce w to uwierzyć. Bo przecież to jest niemożliwe, żebyś ty się przyłączyła do nich... do śmierciożerców.
Wiem, że to bezsensu, ale musiałem ci o tym powiedzieć, musiałem się upewnić, że to nieprawda
Harry
P.S. Mam nadzieję, że Hedwiga cię odnajdzie”


Przywiązał list do nóżki Hedwigi, a ta dumnie zahukała i rozpostarła swoje skrzydła, wylatując przez okno. Jeszcze przez jakiś czas obserwował jak znika w gęstniejącym mroku, a gdy już zniknęła całkowicie, odszedł od okna.
Siedział przy biurku, zastanawiając się czy dobrze zrobił, kiedy poczuł nagły chłód. Zamknął okno, ale temperatura była coraz niższa.
Po chwili wśród mroku dojrzał kilkanaście czarnych postaci, sunących prosto na niego. Trochę dalej dojrzał paru śmierciożerców, podążających za dementorami. Powietrze wibrowało pod ciężarem, wyczekiwanie, tego co nieuniknione. Pogasły wszystkie latarnie, stojące przy wąskiej uliczce, a na żarówkach osadził się, nie wiadomo skąd, biały szron, połyskując w świetle księżyca.
Serce zamarło mu w bezruchu, gdy spostrzegł, że oczy śmierciożerców, utkwione są bezpośrednio na nim, nie mogło mu się wydawać. Tak, to już koniec, dopadli go w jego własnym domu. Zimno owładnęło całym jego ciałem, cofając się od okna, o mało się nie potknął o krzesło. Czuł jak krew w żyłach mu zamarza, jak serce zwalnia tempa, pomimo przerażenia. A potem nadeszło to straszliwe uczucie, jakby już nigdy nie miał być szczęśliwy. W głowie huczało mu od okropnych wspomnień, śmierć rodziców, Syriusza, a potem Mroczny Znak wypalany na ręce Hermiony.
Ile by dał za normalne życie, z obojgiem rodziców i bez ciężaru ocalenia całego świata czarodziejów. Czy nie mógł domagać się chociażby namiastki zwykłego życia? Dlaczego to właśnie jego spotkało?
Rozległy się ciche trzaski, jakby coś się łamało. Osunął się po ścianie, podkulając nogi pod brodę i zamykając oczy, nie chciał tego widzieć. Nie był tak odważny jak im się wydawało, przeliczyli się w swojej ocenie. Bał się śmierci, chciał jeszcze żyć!
- Harry – łagodny, trochę zachrypnięty głos profesora Lupina, doszedł z małym opóźnieniem do jego uszu. Otworzył oczy w niedowierzaniu, ale od razu je zamknął, bojąc się, że to może być podstęp. – Nie bój się, wszystko jest już w porządku – poklepał go po plecach.
- Harry, odezwij się – drugi głos, tym razem kobiecy. Od razu rozpoznał do kogo należy, do Tonks.
- Żyję – wychrypiał ostatnimi siłami, które mu pozostały. Głowa opadła mu na ramię, zemdlał. Zbyt wiele emocji, głównie strachu, nim ogarnęło.
Nareszcie odpoczynek, spokój... cisza!

komentarze [115]





Tytuł : 32.Nic już nie będzie jak dawniej...
Data : niedziela, 11 grudnia 2005
Godzina : 17:16:59
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [37]


No i nadszedł ten dzień i w końcu dodałam notkę, na którą czekaliście. Od razu zapowiadam, że w najbliższym czasie nie będzie następnej ponieważ muszę się zająć moim drugim blogiem: www.hermione-riddle.mylog.pl ktory ostatnio zaniedbalam.
Zapraszam wszystkich na blogi moich kumpelek, które bardzo polecam do poczytania:
- www.harry-szkola-milosc.mylog.pl
- www.trud-milosci.blog.pl
- www.hermione-and-love.mylog.pl
- www.diane-malfoy.mylog.pl
- www.agulka-gumis.mylog.pl
To narazie wszystko z ogłoszeń parafialnych ;]

P.S. Zapomniałam wam przedstawić jak wyszła ostatnia sąda. No i jak mogłam się tego spodziewać od początku nie poszła po mojej myśli ;P

Co myślicie o Hermionie jako śmierciożerczyni?
- Super! Jakaś nowość! 84
- Niezły pomysł 30
- Coś mi się to nie widzi 92
- Ty chyba na głowę upadłaś! 144

No i większa część uważa, że na głowę upadłam, no ale cóż... może coś w tym jest z prawdy, ale to raczej od dawna, w sumie od kąd pamiętam ;P

=============================

~~::Nic już nie będzie jak dawniej...:~~



Prawie koniec roku szkolnego. Jeszcze tylko te cholerne 2 tygodnie, a nikt by się nie dowiedział. Przynajmniej na razie. Bo co by miała zrobić, gdyby zaprosili ją na Grimmauld Place, albo co gorsza do Nory, domu państwa Weasley’ów, ostatnich ludzi, których chciałaby zawieść.
- Czemu to zrobiłaś? – Parvati zadała to pytanie po raz kolejny.
- A jak myślisz? – Hermiona odpowiedziała z rozpaczą w głosie.
Dziewczyna uparcie wpatrywała się w swoje paznokcie, jakby w ich połyskujących płytkach mogła dostrzec odpowiedź na to pytanie i na wszystkie pytania, które jej zadają.
- Mam swoje domysły, ale chcę to usłyszeć od ciebie – Pat nie dawała za wygraną.
- Impuls. Chwila zapomnienia. A potem już nie miałam odwagi powiedzieć, że jednak tego nie zrobię... – po twarzy gryfonki stoczyła się kryształowa łza, a za nią podążyły kolejne.
- Nie miałaś odwagi powiedzieć „nie”, ale miałaś, żeby powiedzieć „tak”? – zdziwiła się.
Rzeczywiście, czy to nie dziwne, że czasem mamy więcej odwagi, żeby się na coś zgodzić, wypowiedzieć to, a potem nie ma się odwagi to odwołać. To jest strach przed czym? Przed reakcją otoczenia? Przecież gdyby powiedziała: „Jednak nie chcę tego”, teraz nie musiałaby się teraz tłumaczyć przed przyjaciółką i bać się co będzie jutro i czy przypadkiem kolejna osoba tego nie odkryje. Ale ośmieszyłaby się w oczach Draco, jedynej osoby, którą kiedykolwiek tak mocno kochała, że jest w stanie dla niej poświęcić wszystko. Nawet siebie, swoją tożsamość.
- Nie wiesz, jak się wtedy czułam! Nie wiesz co czułam, kiedy widziałam jak zabawia się z Parkinson albo jakąś inną dziewczyną! Ty nic nie wiesz! – krzyknęła z wyrzutem. – Więc jakim prawem chcesz mnie i to co robię oceniać?! I módl się, abyś ty nigdy nie była wystawiona na taką próbę!
- Nie zamierzam ani ciebie, ani to co robisz oceniać – odpowiedziała spokojnie – bo jak już sama zdążyłaś zauważyć, nie znam cię na tyle dobrze, aby mieć do tego prawo. I właśnie chcę cię poznać, chcę się dowiedzieć co wtedy czułaś...
- Nie wiem o czym wy tu tak rozprawicie, ale ciebie – tu spojrzała na Hermionę – to słyszałam w Pokoju Wspólnym.
Spojrzały z zaskoczeniem na Lavender, która weszła w tym momencie do dormitorium, nieświadoma tematu i powodu dyskusji przyjaciółek.
- Nie chcę się narzucać – zaczęła niepewnie - ale może wyjawicie mi o czym tak rozmawiacie.
Parvati rzuciła wymowne spojrzenie Hermionie, dając jej do zrozumienia, że to do niej należy wybór.
Podjęła jedyną słuszną decyzję, jaką mogła podjąć w tej chwili. Nie było łatwo. Bała się. Strasznie, że ją znienawidzą. Ale nawet, jakby się tak stało, to nie byłoby się czemu dziwić, przecież zdradziła to w co wierzyły nie tylko one, ale w co wierzyła także i ona. Co wpajała sobie od zawsze, a dokładnie odkąd dowiedziała się, że jest czarownicą.
Jak to możliwe, że jedna chwila potrafi ciągnąć się godzinami, a czasem zdawałoby się latami. Tak jakby czas stanął w miejscu i za nic w świecie nie chciał ruszyć.
Tak było właśnie w tym momencie, kiedy nadeszła chwila prawdy. Powoli, z ociąganiem Hermiona podwinęła swój prawy rękaw spod, którego wyłonił się mroczny tatuaż.
- Her... Herm... Hermiono... ty chyba nie... – pisnęła przerażona, opadając na fotel, który, na jej szczęście, stał za nią.
- Właśnie o tym rozmawiamy – Granger starała się opanować drżący głos.
Nic już nie będzie tak jak dawniej – to wiedziała na pewno. Nie chciała nawet myśleć, jak zareagują Harry i Ron, zbyt bolesne to było wyobrażenie.
Cisza, pieprzona cisza, której żadna z dziewczyn nie miała odwagi przerwać. Jedynym jej przerywnikiem były przyśpieszone oddechy gryfonek.
Czasem słowa są zbyt bolesne, aby mogły wyjść z czyichkolwiek ust.
Nie umiała tego dłużej znieść, ich ukradkowych spojrzeń, czy przypadkiem zaraz nie sięgnie po różdżkę i nie zabije. Może one nie zdawały sobie z tego sprawy, ale ona to widziała, bardzo dobrze widziała...
- Przykro mi... że was zawiodłam – powiedziała cicho. – Ale jeszcze bardziej mi przykro, że mi nie ufacie – dodała. – Wiem, trudno jest zaufać osobie z Mrocznym Znakiem wytatuowanym na ramieniu – zaśmiała się gorzko.
Już miała wychodzić, kiedy zatrzymała się na chwilę i rzuciła krótko przez ramię:
- Nie bójcie się, nie zabiję was teraz... ani nigdy – wyszła.
Zrobiło im się strasznie głupio, że chociaż przez chwilę mogły tak pomyśleć. Bo przecież, gdyby miała taki zamiar, mogłaby to zrobić już o wiele wcześniej, bez ostrzeżenia i czekania, aż ktoś odkryje jej tajemnicę. Ale to było też silniejsze od nich, nie mogły się powstrzymać przed wrażeniem, że w końcu nadejdzie dzień, kiedy przestanie „udawać” ich przyjaciółkę.

***

- Drodzy uczniowie! I oto nadszedł koniec tego roku szkolnego! Nie wszyscy tu powrócą po wakacjach – Dumbledor uśmiechnął się. – Wielu z was się zmieniło, dorosło i podjęło decyzje, których inni nie umieją zrozumieć – tu jego spojrzenie na chwilę zatrzymało się na Hermionie. – No i jak pewnie zdążyliście zauważyć – ciągnął – po raz pierwszy od kilku lat nauczyciel obrony przed czarną wytrzymał cały rok – w całej sali rozległ się głośny śmiech. – W tym roku, zresztą tak jak w poprzednim, Puchar Domów otrzymuje Gryffindor. – przez całą salę przetoczyła się burza oklasków. – A teraz, bez zbędnego przeciągania mojej mowy, chcę powiedzieć tylko jedno: wcinajcie!
Jak zwykle na stołach pojawiły się półmiski po brzegi wypełnione ziemniakami, sałatkami, kurczakami, puddingami i jeszcze mnóstwem innych smakołyków.
- Nie sądzicie, że przemowa była trochę dziwna? – zagadał Harry.
- A czemu? – Hermionie lekko zadrżał głos, ale na szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Nigdy nie mówił o dorastaniu, zmienianiu się, a już na pewno nie o podejmowaniu jakichkolwiek decyzji – odpowiedział.
- No, ale nie sądzicie, że ten rok był trochę zwariowany? – do rozmowy przyłączył się Ron.
- Możliwe – odparła niepewnie Hermiona.
- Hermi, zachowujesz się jakoś dziwnie – zauważył Harry.
- Bo to wszystko jest dziwne – mruknęła.
- Jakie wszystko?
- Teraz nie mogę ci powiedzieć, nie umie – po policzku przebiegł jedna łza, nie zauważona przez nikogo.
- Ale...
- Nic już nie mów – przerwała mu, przykładając palec do jego ust. – Kiedyś się dowiesz. Ale nie teraz. Za wcześnie. To zbyt bardzo boli.
Wiedziała, jak rani tego chłopca, co prawda nienaumyślnie, ale... robiła to za każdym razem, zadając kolejne ciosy.
Wybiegła na błonia, które były oświetlone lekką poświatą księżyca, nadając wszystkiemu wygląd niemal mistyczny wygląd. Zatrzymała się dopiero nad jeziorem. Nie czuła zimna, ponieważ noc była jeszcze młoda i ciepła. Tylko delikatny wiatr zakłócał idealną ciszę.
- Koniec roku... tyle wzlotów, tyle upadków – mruczała do siebie. – Czemu to musiałam być ja?! – krzyknęła, a jej głos szybko rozpłynął się w powietrzu.
Upadła na kolana, unosząc ręce w geście, jakby się modliła do nawet sobie nie znanego boga.
- Nigdy nie zadawaj zbyt trudnych pytań – cichy szept. Za którego sylabę, głoskę oddałaby wszystko.
Złapał za nadgarstki dziewczyny, wzniesione gdzieś ku górze, sprowadzając je na dół, schodząc w dół, w końcu klękając za nią i obejmując ją swoimi ramionami.
Był tak blisko, czuła jego zapach, chłonęła go całym swoim ciałem, aby nigdy go nie zapomnieć.
- Powiedz mi, jak to się zaczęło? – zapytał.
- A czy to coś zmieni? Czy będzie tak jak dawniej?
- Nic, nigdy nie będzie tak jak dawniej...
- To po co to robisz?! Po co po raz kolejny dajesz mi nadzieję?! – chciała wstać, wyrwać się, ale zbyt mocno ją trzymał.
- Ale nie powiedziałem, że nic już nie będzie – wysyczał, lekko przygryzając jej ucho.
- Co mają znaczyć te słowa? – nadzieja, po raz kolejny w jej serce wstąpiło to złudne uczucie.
- Tylko tyle, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje – zamruczał.
Delikatnie ją pocałował, namiętny taniec dwóch języków, taki jak nigdy wcześniej.
- A teraz przykro mi, ale muszę iść spakować się do końca – wstał puszczając ją i... odszedł, tak po prostu. Po raz kolejny pozostawiając ją z mętlikiem w głowie.
Noc robiła się coraz chłodniejsza, więc po krótkiej chwili i ona wstała i ruszyła w stronę zamku.

- Czemu tak nagle wyszłaś z Wielkiej Sali? – zapytał Harry, gdy tylko przekroczyła próg Pokoju Wspólnego.
- Nawet nie skosztowałaś puddingu dyniowego, był wyśmienity! – uśmiechnął się Ron.
Jakim brakiem taktu wykazywał się na każdym kroku jej rudowłosy przyjaciel, nigdy nie umiał wyczuć, kiedy można coś powiedzieć, a kiedy nie. Ostatecznie Harry posłał mu mordercze spojrzenie.
- No co? – dalej nie zrozumiał o co chodzi.
- Co się stało? – Harry próbował pochwycić spojrzenie przyjaciółki, którego ona konsekwentnie unikała.
- Nic, po prostu źle się poczułam i chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza – odpowiedziała starając się, aby jej głos zabrzmiał pewnie i zdecydowanie.
- To czemu mówiłaś, że nie możesz i nie umiesz mi czegoś powiedzieć? – zielonooki nie dawał za wygraną.
- Bredziłam – mruknęła, ale zabrakło pewności w jej głosie, aby ktokolwiek mógł w to uwierzyć.
- Nie prawda! Widzę to po tobie! – stwierdził.
- Nie muszę, nie mam obowiązku ci nic tłumaczyć ani wyjaśniać. To jest moje życie, więc proszę cię, nie mieszaj się do niego – odpowiedziała.
- Co się z tobą dzieje?
- Nic co by cię mogło interesować – prychnęła.
- Wszystko co jest związane z tobą mnie interesuje – próbował dotknąć jej ramienia, ale ona odtrąciła jego rękę.
- Ja już nie jestem tą samą osobą, którą byłam kiedyś... z tą która się zaprzyjaźniliście – westchnęła. – Gdybyś wiedział... znienawidziłbyś mnie.
- Skąd wiesz?!
- Uwierz mi lepiej na słowo.
- Żebym nie zapomniał! – nagle wykrzyknął Ron. – Mama kazała mi tobie przekazać, że jak zwykle chętnie cię zaprasza do nas do domu – uśmiechnął się.
- Przykro mi, ale... raczej nic z tego – powiedziała cicho.
- Dlaczego?
- To jest zbyt skomplikowane... dowiecie się później. Jestem już śpiąca, dobranoc – pocałowała każdego odruchowo w policzek.

***

W przedziale panowała niczym niezmącona cisza. Żadne nie chciało się odzywać, zbyt wiele bolesnych słów mogłoby ujrzeć światło dzienne.
Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem, stanął w nich nie kto inny, jak Malfoy w obstawie swoich dwóch goryli.
- O... kogo ja widzę – uśmiechnął się kpiąco. – Granger, po co zadajesz się z... osobami ich pokroju?
Powiedziawszy to zrobił coś, czego trójka przyjaciół nigdy by się nie spodziewała, a mianowicie usiadł obok Hermiony, tak jakby było to całkowicie normalne.
- Wyjdź stąd! – warknął Harry. Wszystko się w nim gotowało na jego widok, nienawidził go jeszcze bardziej niż rok temu, za to, że odebrał mu Hermionę.
- Mam tu takie samo prawo siedzieć jak ty – odpowiedział spokojnie.
- Ale nikt cię tutaj nie chce!
- Nie byłbym tak pewien – odpowiedział pewnym głosem i rzucił krótkie spojrzenie Hermionie. – A właśnie, ja tu do ciebie przyszedłem...
- Po co?
- Mamy to załatwić przy nich, czy może byś wolała na osobności – uśmiechnął się złośliwie.
- Raczej na osobności – szepnęła.
Pocałował ją. Bez ostrzeżenia. Krótko. Jednak wystarczająco długo, aby zatraciła się w tej i chwili i zapomniała, że na to patrzą jej przyjaciele. Do tego wystarczyła jedna sekunda. Nie opierała się. Nie mogła. Nie chciała. Nie umiała.
Złapał ją za rękę i wstając pociągnął ją za sobą, wyszli.
- Po co to zrobiłeś? – spytała, kiedy oddalili się od przedziału.
- Dla zabawy, przyjemności – zaśmiał się. – Jakie mieli miny, jak to zobaczyli – parsknął śmiechem. – A swoją drogą, myślałem, że będziesz stawiał jakikolwiek opór...
- To i tak nie miałoby sensu – mruknęła. – Zawsze bierzesz to co chcesz – prychnęła.
- Gdyby tak było, już nie miałabyś na sobie połowę tego co masz.
Zatkało ją, najzwyczajniej ją zatkało po tym co usłyszała. No bo co miała niby powiedzieć. Że się z tego powodu cieszy, czy że jest zboczeńcem, który myśli tylko o jednym.
- No i po co ty zakładałaś spódniczkę – jego ręce mimowolnie powędrowały do jej ud.
Lekko zadrżała pod wpływem jego delikatnego dotyku. Nie panowała już nad sobą, nad tym co robi. Liczyła się tylko chwila. Ta chwila – ulotna, nie dająca się zatrzymać jakąkolwiek siłą.
Zarzuciła mu ręce na szyję, zagłębiając się w pocałunku, tak bardzo upragnionym od dawna.
- Ekhm...
Kilka metrów od bardzo zajętej sobą pary stała profesor McGonagall, która w tym roku wyjątkowo zabrała się z uczniami expresem do Londynu, ponieważ miała coś pilnego do załatwienia.
- Pani profesor... – wyjąkała Hermiona na jej widok.
- Tego się po tobie nie spodziewałam – zwróciła się do dziewczyny. – Macie szczęście, że już jest koniec roku i nie mogę wam odjąć punktów.
Twarz Hermiony przybrała odcień dorodnej piwonii, za to Draco stał niewzruszony, tak jakby nic się nie wydarzyło.
- Ty się czymś takim przejmujesz?! – wybuchnął śmiechem, kiedy profesorka znalazła się na tyle daleko, aby ich nie usłyszeć.
- Widzisz, ja nie umiem tak jak ty, nie zwracać najmniejszej uwagi na to, co mówią inni – szepnęła.
- Umiesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz – powiedział to tonem, jakby mówił do małego dziecka.
- Skąd ty to możesz wiedzieć?
- Znam cię lepiej niż ty sama.
Złapał ją z podbródek i przysunął do siebie. „Uwierz mi na słowo” – powiedział.
- Zbliżamy się na miejsce.
Każde ruszyło w swoją stronę, nagle Malfoy zatrzymał się i odwrócił.
- Granger! Znajdę cię! – krzyknął przez cały korytarz.

- Co ci zrobił?! – krzyknął Harry, kiedy weszła do przedziału z rumieńcem na twarzy.
- Nic mi nie zrobił – odpowiedziała, a jej usta ułożyły się w lekkim uśmiechu... zadowolenia?
- Coś ty taka zadowolona? – do przedziału wpadła Ginny uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Ja? Chyba ty? – zaśmiała się Hermiona.
- Wolałabym nie przy nich – kiwnęła głową w stronę chłopców. – A szczególnie nie przy moim nadopiekuńczym bracie – zaśmiała się wesoło.
- No to powiedz... kto cię poprosił o chodzenie? – zapytała Granger, kiedy oddaliły się od wścibskich uszu Rona.
- Matt Filou – zaszczebiotała. – Ten przystojniak z Rawenclawu.
- No to gratulacje – uśmiechnęła się szczerze, ale jej myśli były cały czas przy „przystojniaku ze Slytherinu”.
Jeszcze raz spojrzała na rozpromienioną twarz rudzielca. Beztroska i zadowolona z życia, nieświadoma tego co się dzieje z życiem tej orzechowookiej dziewczyny, jak wszystko się psuje, jak się wali, jak domek ułożony z kart przy podmuchu wiatru.

Pociąg powoli zaczynał zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Całe rzesze uczniów wybiegło z radosnymi minami na peron, witając się ze swoimi rodzicami, którzy już na nich czekali.
I na Hermionę czekali, trochę dalej niż inni, aby nie zwracać na siebie uwagi. Pomachali nieznacznie do dziewczyny, która powoli ruszyła w ich kierunku.
- Tęskniliśmy za tobą – Jane przytuliła swoją „jedyną” córkę. – Czemu tak rzadko do nas pisałaś?
- Nie było o czym – odpowiedziała sucho.
- Czy w te wakacje także jedziesz do państwa Weasley’ów? – zapytał ojciec.
- Nie – rzuciła krótko, nie siląc się na dłuższą odpowiedź.
- Czemu? To przecież tacy mili ludzie.
- Czy to ważne? – prychnęła.
- Czemu jesteś taka... niegrzeczna?
- Bo niedobrze mi się robi, jak pomyśle, jak mnie okłamywaliście przez tyle lat! – warknęła.
- Już wiesz?
- Tak. I nie dowiedziałam się tego od ciebie, tylko od... obcego człowieka!
- Dumbledor wcale nie jest przecież obcą osobą.
- Jest, nawet nie wiesz jak bardzo.
- Córeczko...
- Nie nazywaj mnie tak! – warknęła. – Nigdy nie zrozumiecie tego co zaszło przez ten rok w moim życiu, jak sobie je popaprałam na własne życzenie!
- A...
- Nie przerywaj mi! Czy ty wiesz co wtedy czułam?! Co czułam kiedy zaszłam w ciążę, a potem poroniłam, bo ktoś mnie pobił?! – zapytała z rozpaczą.
- J-jak to... i my nic o tym nie wiemy?
- Żebyście mi zrobili to samo, to samo co Victorii. Miałam wam to powiedzieć, abyście jeszcze bardziej wszystko spieprzyli moje życie?!
Nic nie odpowiedzieli. A co mieli powiedzieć? Gdyby powiedzieli jej całą prawdę, to jeszcze bardziej by ich znienawidziła. Wiedzieli to.
- Jakie to jest uczucie? Zniszczyć córce życie, a potem udawać, że ona nie istnieje? Że zginęła! Czy mnie też pogrzebalibyście za życia?! – w końcu to z siebie wyrzuciła, niech wiedzą, jak przez nich cierpi. Niech sami poczują ten ból.
- Czemu? Czemu tak mówisz? – załkała jej matka. – Przecież ja nigdy bym ci tego nie zrobiła... nie umiałabym.
- Jednak mojej siostrze umiałaś to zrobić?! Myślisz, że ja tego w ogóle nie odczułam?! Że nie odczułam jej odejścia?! Naprawdę tak sądzisz?! – krzyczała, nie zważając uwagi na to, że wszyscy się na nią patrzą. – Jeśli tak, to się naprawdę bardzo mylisz – dodała.
Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec przed siebie. Prosto. Nie patrząc na innych. Oni się teraz nie liczyli, liczyła się tylko ona. Ona i jej ból.

komentarze [37]





Tytuł : 31.Odkrycie
Data : sobota, 12 listopada 2005
Godzina : 16:36:37
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [58]


Przepraszam was! Przepraszam, że tak długo musieliście czekać na tę notkę. Nie było to postępowanie zamierzone, tylko po prostu brak czasu i weny na tym zauważył. Teraz jest wszystko w porządku i mam nadzieję, że długaśna notka wynagrodzi wam to czekanie.
Mam też kilka ogłoszeń:
1. Czy jest ktoś zainteresowany blogiem? Oczywiście nie tym :D Mam do odstąpienia 2 blogi:
- www.syriusz-black.mylog.pl
- www.emer-paganini.mylog.pl
2. Chcę też zareklamować blogi moich kumpelek:
- www.harry-milosc-szkola.mylog.pl
- www.hermiona-and-love.mylog.pl
Dopiero zaczynajął, więc reklama jak najbardziej im się przyda ;P
3. Przpominam, że o notkach powiadamiam tylko przez gadu-gadu, ponieważ powiadamianie każdego z osobna na blogu jest czasochłonne, więc przypominam mój numer: 8865563
4. Dziękuje za wasz ciągły doping w komentach i na gadaczu :D

Num a teraz już więcej nie przynudzam, bo wiem że już od dawna czekacie na tę notkę, a oto ona :D

======================================

~~::Odkrycie::~~


Oj za późno! O wiele za późno zorientowała się, że jest poniedziałek. Spojrzała na zegarek, było już południe, połowa dnia, a co za tym idzie już wszystkie lekcje minęły. Po raz pierwszy nie poszła na lekcje, nie będąc chora!
Promienie południowego słońca delikatnie muskały jej twarz, zwykle brzoskwiniową, teraz otoczoną lekką poświatą zaróżowienie. Był to rumieniec, pamiątka po tym co jeszcze niedawno miało miejsce w tym miejscu, w tym łóżku.
Oczy miała cały czas przymknięte, ponieważ promienie niemiłosiernie świeciły prosto w jej bursztynowe oczy. Dopiero po chwili je otwarła, podnosząc się na łokciach spojrzała na chłopaka leżącego obok niej.
Odgarnęła kosmyk włosów z jego bladej twarzy, opuszkiem palca przejechała po jego policzkach, potem szyi, nagim torsie.
Gwałtownie cofnęła rękę opadając na miękką puchową poduszkę, która zapadła się pod ciężarem głowy gryffonki. Zawładnął całym jej sercem i duszą! Zawładnął nią całą! Każdym zmysłem, każdą kończyną i każdym nerwem - pragnęła go całą swą drobną osobą! Nawet, kiedy spał onieśmielał ją, nie wiedziała czemu. Wcześniej nic takiego nie czuła - on był inny. ONA była inna.
Jego za to nigdy nie onieśmielała obecność jakiejkolwiek dziewczyny, zawsze czuł się pewnie i swobodnie. Dlatego i teraz robił to na co mu przyszła w danej chwili ochota.
Łóżko lekko zafalowało pod wpływem ruchów Dracona, a jego ręka zaczęła błądzić po nagim ciele dziewczyny, szczególnie upodobając sobie miejsca intymne. Nieśmiało odwróciła najpierw głowę, a potem resztę ciała w jego stronę i spojrzała w jego oczy. Usta jego ułożyły się w złośliwym uśmieszku, którego powodu nie umiała rozszyfrować.
Spłoszona, nie wiadomo czym, wstała zbierając swoje rzeczy porozrzucane po całym pomieszczeniu. Ubrała je w pośpiechu nie zwracając uwagi na rozbawienie malujące się na jego twarzy, którego nie miał najmniejszego zamiaru ukrywać. Sprawiało mu to wręcz przyjemność, kiedy rzucała ukradkowe spojrzenia w jego stronę sprawdzając jaki ma wyraz twarzy.
Nie wiedziała czemu to zrobiła, czemu uciekła z jego sypialni, bo w końcu go kochała, jak nikogo i nigdy wcześniej. Pierwsza prawdziwa miłość, z początku prosta, nieskomplikowana - teraz zaczynały się schody, wyboje, których nie w sposób było ominąć. No bo jak pominąć fakt, że on jej już nie kocha, pod wpływem silnego zaklęcia zapomniał o wszystkim co ich łączyło.

Cała zdyszana wbiegła do Pokoju Wspólnego, spojrzała na swoich przyjaciół siedzących pod oknem. Rozmawiali o czymś, ale kiedy ujrzeli gryfonkę od raz zamilkli. Podeszła do nich powolnym krokiem, wiedziała co zaraz będzie - pytania, na które nie będzie znała odpowiedzi, a raczej nie będzie znała takiej, którą mogła by im powiedzieć. Jak zareagują na wiadomość, że nie poszła na lekcje, bo przespała się z Draconem?
- Gdzie byłaś przez cały dzień? - jako pierwszy odezwał się Harry.
Widziała to na jego twarzy, widziała jego minę, wiedziała, że się domyśla gdzie była i przynajmniej po części co robiła.
Zrobiło jej się go żal, już nie raz próbował ją nakłonić aby zapomniała o Malfoy'u, a zaczęła się z nim spotykać. Ale ona tego nie potrafiła o nim zapomnieć, nie potrafiła zapomnieć o swojej pierwszej prawdziwej miłość, była przekonana, że to wspomnienie, choćby w przyszłości nigdy nie mieli by być już razem, zostanie w jej pamięci na zawsze.
- Hermiono! - pomachał jej ręką przed oczami, a ta ocknęła się z zamyślenia.
- Tak? - zapytała nadal trochę nieprzytomna.
- Co się z tobą działo przez cały dzień? - spojrzała w jego zielone tęczówki, ale natychmiast spuściła wzrok.
Jak bardzo rani tego chłopaka! A za niedługo kolejny cios zada w jego i tak już zakrwawione serce!
- Nie chcesz wiedzieć - odparła sucho odwracając głowę z poczuciem winy.
- Skąd wiesz?! - zaoponował, ale bez przekonania, bardziej ze zrezygnowaniem.
- Uwierz mi na słowo - mruknęła.
Wstała z fotela i pośpiesznie udała się po schodach do swojego dormitorium zanim, który kolwiek z jej przyjaciół zdążył się odezwać, czy chociażby zrobić jaki kolwiek ruch w jej stronę.
Zamknęła za sobą drzwi swojego dormitorium i osunęła się po nich zakrywając zapłakaną twarz w dłoniach. Z jednej strony bardzo żałowała tego co zrobiła, że stała się jedną z tych, których potępiała, śmierciożerczynią. O ironio losu! Ale odwrotu już nie było, decyzja zapadła i gdyby chciała ją odwołać kosztowało by ją to życie, a i tak by się wszyscy o tym dowiedzieli.
Rękawem bluzy otarła łzy, które toczyły się po jej policzkach, po czym wstała i poszła do łazienki. Umyła twarz, od razu poczuła się lepiej, może nie na duchu, ale na ciele. Na szczęście była sama, nikt nie widział jak rozpacza i nikt też nie mógł jej zapytać dlaczego.
Otarła zapuchnięte oczy, wilgotne od wody i słonych łez, bordowym wełnianym ręcznikiem z wygrawerowanym godłem Gryffindoru. Czy kiedyś skończy się ten horror z nią w roli głównej?
Przeszła do sypialni i spojrzała na drewniany zegar z mosiężnymi wskazówkami wiszącym na jednej ze ścian, na obiad nie miała już co liczyć, a do kolacji było jeszcze trochę czasu. Jej wzrok przykuła sterta książek i pergaminów leżących obok jej łóżka, na której szczycie stał kałamarz z piórem. Podniosła do ręki jeden z pergaminów, na którym była zapisana praca domowa z numerologii, a raczej ledwo co zaczęta. Tak samo było z resztą, na niczym nie umiała się pożądanie skupić do końca, więc tylko pozaczynała wypracowania, a potem je odkładała na bok i tak powstał ten pokaźny zbiór.
Przejrzała wszystko jeszcze raz, sprawdziła plan i wzięła to co było potrzebne na następny dzień, czyli wtorek.
Zeszła do Pokoju Wspólnego, w którym jak zwykle było strasznie głośno i tłoczno. Usiadła przy jednym ze stolików w najdalszym kącie pomieszczenia i zagłębiła się w lekturze.

- Czemu ona się tak dziwnie zachowuje? - zastanawiał się na głos Ron.
- Nie wiem - odmruknął jego przyjaciel.
- Ciekawe, gdzie spędziła prawie cały dzień? - kolejne przemyślenia Ronalda.
- Nie domyślasz się?! - Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem. - Przecież to oczywiste!
- Nadal nic nie... - dopiero teraz to do niego doszło. - Ona była z tym gnojkiem?!
- Yhm... - zielonooki smutno pokiwał głową.
Odwrócił na chwilę głowę, spostrzegł Hermionę z głową zanurzoną w książce, gdzieś w dalekim kącie pokoju. Niby wszystko było normalne, kiedyś gryfonkę zazwyczaj zastawało się z nosem w książce, teraz było to rzadkie zjawisko, wszyscy zdążyli się od tego odzwyczaić, ona zresztą też.
- Harry! - Ron pomachał mu przed oczami.
- Tak? - spojrzał na niego nieprzytomnie.
- Zapomnij o niej - odparł dobitnie rudowłosy.
- Ale jak? Czegoś takiego nie da się zapomnieć!
- Nie masz wyboru! Masz zamiar się tak katować do końca życia?!
- Ty nie wiesz co ja czuję!
Wstał z impetem o mało nie przewracając antycznego stolika, który i tak ledwo się trzymał w pionie.
- Harry, zaczekaj! - zawołał za nim Ron, kiedy ten przedzierał się pomiędzy pierwszoklasistami.
- Co?!
- Czemu ty jesteś taki uparty? - pokręcił z niedowierzaniem głową. - Pomyśl, jeśli to, że o niej zapomniał, znowu stanął po stronie Sam-Wiesz-Kogo nie było dla niej powodem, dla którego miałaby o nim zapomnieć, to teraz, kiedy hm... w końcu coś się rusza... zrezygnowałaby z niego?! - popukał się w czoło. - Pomyśl logicznie! A jak mi nie wierzysz to zapytaj moją siostrę, albo jaką kolwiek inną dziewczynę.
Nic na to nie odpowiedział, choć w myślach przyznał swojemu rudowłosemu przyjacielowi rację. No bo czy on, gdyby Hermiona w końcu zwróciła na niego uwagę już nie jako na przyjaciela, tylko jak na kogoś więcej, to czy by sobie ją odpuścił i starał się o uczucia innej dziewczyny?
Sama kiedyś przyznała, że gdyby pomyślał trochę wcześniej i zaprosił ją w tedy na ten bal wcześniej niż Draco, to kto wie, jakby to się wszystko potoczyło, może teraz cały wolny czas spędzaliby razem, a o Malfoy’u by Hermiona już nigdy nie pomyślała. Mogłoby tak być... Ale to są tylko marzenia, które układają się w głowie tego przystojnego gryfona.

Po wyjściu Hermiony Draco jeszcze jakiś czas leżał w łóżku, może miał nadzieję, że wróci... W każdym razie po upłynięciu jakiś 30 minut zwlekł się ociężale z łóżka, po czym skierował się do łazienki. Po drodze kilka krotnie zamyślony o mało nie potknął by się o porozrzucane części garderoby.
Sam nie wiedział co tak zaprząta jego myśli, że nie potrafił spokojnie dojść do drzwi. Jakaś tam jego cząstka, z której on sobie nie zdawał sprawy, wciąż kochała i tęskniła za Hermioną, to ona popychała go do tych czynów. Zgrabne ciało i delikatna skóra gryffonki przyprawiała go o dreszcze, z każdym dotykiem chciał więcej i więcej!
Ale była jeszcze ta druga część, która kazała tej pierwszej traktować to wszystko tylko jako przygodę, która wkrótce się zakończy. Przygoda kilku dni, kilku miesięcy, a jeśli będzie ciekawa to może nawet kilku lat, ale na pewno nie całe życie. Cały czas próbował to sobie wbić do głowy.
Wyszedł ze swojego apartamentu i usiadł przed wielkim marmurowym kominkiem z godłem Slytherinu.
- Dracuś, kochanie! - rzuciła się na niego jakaś dziewczyna.
Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że to była Pansy. No a któżby inny rzucał się na niego z dzikim okrzykiem, kiedy siedzi sobie spokojnie w fotelu.
- Czego ty znowu ode mnie chcesz?! - prychnął spychając ją z siebie na ziemie jak natrętną muchę, którą była dla niego bezwątpienia.
- Ale Dracuś... - już zamierzała ponownie przytulić się do niego.
- Odwal się ode mnie! - warknął. - Czy ty zawsze musisz za mną łazić?! To jest wkurzające! I mam tego dość!
W kącikach oczu ślizgonki zaskrzyły się łzy, które po chwili zaczęły powoli się toczyć po jej policzkach kończąc swój krótki żywot na bluzce dziewczyny.
- Czemu mi to robisz? - załkała. - Przecież ja ciebie tak bardzo kocham! - wykrzyknęła.
A zrobiła to tak głośno, że część ślizgonów znajdujących się w Pokoju Wspólnym oderwała się od czynności, którą w tym momencie wykonywała, aby móc skupić całą swoją uwagę na tym widowisku.
- Bo ciebie nie kocham! Czy ty tego nigdy nie zrozumiesz?! - zakpił z obojętną miną, która spowodowała u dziewczyny jeszcze większy wybuch płaczu. - Jesteś żałosna! Robić z siebie takie pośmiewisko na oczach wszystkich ślizgonów - zakpił, po czym najzwyczajniej w świecie odszedł.
Parkinson długo jeszcze stała w jednym miejscu, ale już nikt nie patrzył na to z takim zainteresowaniem, jakie panowało, kiedy w tym wszystkim brał jeszcze udział Draco.
Po chwili jednak stwierdziła, że ma rację co do tego, że robi z siebie pośmiewisko i wycofała się do swojego dormitorium, które dzieliła oczywiście ze swoimi najlepszymi przyjaciółkami.

***

2 miesiące później...
Siedziała na lekcji historii magii tępo wpatrując się profesora Binnsa, który co jakiś czas przez nieuwagę przelatywał przez jakiś uczniów zdążając po jakieś podręczniki wspomagające, co powodowało wszechobecne oburzenie uczniów, ponieważ nie było to przyjemnym uczuciem.
Zwykle pilna uczennica, zawsze rąbiąca notatki, nawet na tak nudnej lekcji jak ta, zamyślona błądziła wzrokiem po innych. Kiedy szła na lekcje, na swoje nieszczęście, spotkała McGonagall, która była wielce oburzona opuszczeniem lekcji przez gryfonkę i już chciała odjąć jej punkty, kiedy ta na poczekaniu zmyśliła, że się źle czuła i postanowiła wrócić się do dormitorium. Profesorka tylko pokiwała głową i odeszła kierując się do swojego gabinetu.
Po klasie rozszedł się tak upragniony przez wszystkich dźwięk, dzwonek na przerwę przedzierając się przez ciszę, która zapanowała dosłownie przed chwilą w oczekiwaniu, żeby przypadkiem go nie przegapić. Koniec lekcji, która wszystkim dłużyła się niemiłosiernie prawie natychmiast został przywitany przez szurające krzesła i radosne okrzyki uczniów, ponieważ tego dnia była to ostatnia lekcja gryfonów.
Każdy niecierpliwie wyglądał za okno, za którym słońce świeciło w pełni swym blaskiem, jasnym mieniącym się we włosach. Na jeziorze od czasu do czasu tworzyły się małe fale, kiedy kałamarnica przemierzała swe podwodne królestwo.
Nawet Hermionie w pewnej części udzielił się ten radosny nastrój końca lekcji, nawet ona, zwykle opanowana z radością wybiegła z sali, lecz po chwili zwolniła do marszu, a później już całkowicie spokojnego kroku, aż w końcu stanęła. Szturchana przez przebiegających obok niej uczniów, nie dostrzegających ani jej, ani nikogo innego w swoim otoczeniu. Dlaczego stanęła w miejscu? Sama tego nie wiedziała, po prostu to zrobiła i tkwiła wpatrując się w jakiś punkt daleko na horyzoncie, który tylko ona dostrzegała.
Kiedy jednak kolejna osoba ją pchnęła i omal się nie wywróciła nie wytrzymała, tylko złapała tę osobę za rękę.
- Może byś uważał! Są jeszcze inni ludzie! - warknęła, spojrzała na niego.
Dopiero teraz zauważyła kogo zatrzymała. Był to oczywiście Draco Malfoy.
Przez dłuższą chwilę jej wzrok zatrzymał się na zimnoniebieskich tęczówkach młodego mężczyzny.
- Czemu ja zawsze muszę na ciebie wpadać - zaśmiał się, ale tak zwyczajnie, bez szyderstwa czy drwiny, tak po prostu.
Nie wiedziała co na to powiedzieć, więc milczała.
- Przyjdź dzisiaj pod łazienkę dla prefektów o 23h - razem z wypowiedzeniem ostatniej głoski, nie czekając na odpowiedź odszedł w swoją stronę.
Cała ta sytuacja była strasznie dziwna, czemu i po co chciał się z nią spotkać? Zwykle jak "czegoś" chciał, zaciągał ją z dala od szkolnego rozgardiaszu, do jakiegoś dawno zapomnianego korytarza i zabierał się do "rzeczy".
W końcu powolnym krokiem ruszyła w stronę schodów prowadzących do wieży Gryffindoru o mało nie wpadając w fałszywy stopień, o którym już każdy wie, ponieważ jako jeden z nielicznych, nie zmieniał swojego położenia.

Doszła do portretu Grubej Damy. Kobieta na widok Hermiony zaczęła śpiewać, lecz gdy kieliszek dalej trzymany przez nią w ręku w dalszym ciągu trzymał się w jednym kawałku, zaprzestała prób i rozbiła go o ramę swojego obrazu.
- "Śliczne błyskotki" - powiedziała hasło nie zwracając uwagi na popisy damy ku jej wielkiemu oburzeniu.
- Śliczne, śliczne! - zakrzyknęła wymachując pozostałością po kieliszku, która spoczywała jeszcze w jej ręce.
Jednak odsunęła się odkrywając dziurę w ścianie. Hermiona przeszła przez otwór, znalazła się w prawie pustym Pokoju Wspólnym. Zaniosła torbę do swojego dormitorium, a zaraz potem wróciła i usiadła na jednym z foteli na przeciwko kominka.
- "Co ja będę robiła do czasu spotkania?" - pomyślała, pytania czy pójdzie nie musiała sobie zadawać, gdyż było pewne od samego początku, że pójdzie.
Sięgnęła po książkę na stoliku w bardzo ładnej skórzanej oprawie koloru czerwonego z pozłacanymi literami, które układały się w dość intrygujący dla Hermiony tytuł : "MIŁOŚĆ NA WIEKI - jak sprawić, żeby on kochał ciebie tak jak ty jego". Przejechała opuszkiem palca po miękkiej okładce, na której odbił się już odcisk czasu. Otworzyła na pierwszej stronie i już po przeczytaniu kilku zdań, nawet teraz tak bardzo odmieniona uczuciowo, stwierdziła że ta książka poza ładną oprawą nic wartościowego w sobie nie ma, więc odłożyła ją tam skąd ją wzięła.
- Jesteś! - usłyszała głos swojej przyjaciółki, obok ucha. - Gdzieś ty nam znikła?! Najpierw szłaś z nami, a potem nagle gdzieś wyparowałaś... Ale w tym tłumie nie umiałyśmy cię znaleźć - niepewny uśmiech przebiegł po twarzy Lavender.
- Musiałam coś załatwić - skłamała gładko.
- I załatwiłaś to? - zapytała.
- Tak, chyba tak...
- Jak to chyba? - zdziwiła się.
- Dowiem się później.
- Rozumiem - kiwnęła głową. - Może pójdziesz z nami na błonia? Ze mną i z Parvati?
- Dobrze, tylko się przebiorę - zgodziła się, bo co miała lepszego do roboty? Nic. Siedzenie i tępe wpatrywanie się w kominek czekając na upragnioną godzinę.
Ubrała czarną plisowaną i mini i lekką białą bluzkę na ramiączku z jednym długim rękawem, tak że Mrozny Znak był zakryty, ale nikt by na to nie wpadł. Niby nic specjalnego, ale wyglądała w tym olśniewająco, co zdradzały spojrzenia chłopaków, których mijała razem z przyjaciółkami przemierzając korytarze.

Widząc uśmiechnięte twarze Lavender i Parvati miała pewne wyrzuty sumienia. One cały czas myślą, że są po tej samej stronie, po stronie "dobra". Jak im to powie? Zniszczy tę przyjaźń trwającą niecały rok, ale bardzo jej na niej zależało, czasem się jej zdawało, że bardziej niż na tej z Harrym i Ronem, która przeżyła nie jedno, a teraz powoli, powolutku wszystko się wali. Cały świat, który budowała wokół siebie przez tyle lat.

***

Pokój Wspólny powoli pustoszał, aż w końcu została w nim sama. Za 20min. powinna być w umówionym miejscu. Szybko wymknęła się wieży Gryffindoru, czemu towarzyszyły pełne oburzeń krzyki zbudzonej ze snu Grubej Damy.
Gdy dotarła na miejsce jego jeszcze nie było, więc schowała się za dumnym posągiem jakiegoś czarodzieja, aby w razie wypadku to ona pierwsza zauważyła zbliżające się niebezpieczeństwo w postaci jakiegoś nauczyciela lub co gorsza Filcha i jego wścibskiej kotki, Pani Noris, a nie na odwrót.
Ale to jej nie ustrzegło, aby ktoś inny jako pierwszy ją zauważył.
- Co ty ze mną wyprawiasz? - do jej ucha dotarł ciepły szept chłopaka. Oplótł swoje ręce wokół jej talii niczym pnącza.
- Co JA z tobą wyprawiam?! - odwróciła się do niego przodem.
- Lepiej wejdźmy do łazienki, bo jeszcze Filch tu przyjdzie - powiedział.
- To co ja z tobą takiego wyprawiam?! - powtórzyła pytanie, kiedy znaleźli się już w środku.
- Pytasz się?! - prychnął, jakby to było oczywiste. - Jeszcze nigdy czegoś takiego nie miałem... Po raz pierwszy nie umiem zapomnieć o jakiejś dziewczynie! - wyrzucił to z siebie z dźwięczącym wyrzutem w głosie.
- Czy... czy ja dobrze zrozumiałam? - wydusiła po dłuższej przerwie.
- Zależy co zrozumiałaś - powrócił do swojego normalnego głosu.
- A co ja mogłam zrozumieć? - rzuciła mu wymowne spojrzenie.
Dobrze wiedziała o co mu chodzi, wiedziała także, że nie powie jej tego wprost, przynajmniej nie teraz. Za wcześnie. Nie przeszłoby mu to przez gardło. Co prawda to nie była miłość, to zbyt mocne określenie. Ale na pewno to zauroczenie. Zadurzenie. Często zaprzątała mu myśli, trudno mu było podrywać inne dziewczyny, wszystkim brakowało tego "czegoś" co miała ta gryffonka. Z każdą chwilą czuł, że to uczucie owłada jego całym ciałem i pragnie jej coraz bardziej. Z początku było to tylko ciało, teraz już coś więcej.

Nawet nie zauważyli, kiedy wylądowali na zimnej posadzce całując się i rozbierając. Oni jednak nie czuli chłodu ciągnącego od kafelek, liczyła się tylko chwila, ta jedna cudowna...
Teraz to było tylko wspomnienie oddalające się coraz bardziej przemierzając każdy kolejny metr korytarza w stronę swojego "domu". Rozeszli się w swoje strony. On w swoją, ona w swoją.
Wrzaski i krzyki portretu strzegącego przejścia do wieży Gryffindoru nie miały końca, ale kiedy w końcu kobieta się uspokoiła przepuściła Hermionę do środka. Weszła do swojego dormitorium.
Była pewna, że obie jej współlokatorki śpią, więc zaczęła się przebierać nie zasłaniając kotary. Ten nierozważny ruch doprowadził do czegoś, co chciała odwlec jak najdalej. Ale było już za późno.
- Hermiono, co ty masz na ręce?! - przerażony szept Parvati dobiegł do jej uszu.
To już koniec, teraz wszyscy mogą się o tym dowiedzieć. Dla dobra innych może to im powiedzieć, ale czy to zrobi? Czy rozwali ten świat?

komentarze [58]





Tytuł : 30.Już po wszystkim...
Data : sobota, 17 września 2005
Godzina : 14:50:29
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [66]


Zaczne od pierwszej sprawy, Draco dlatego nic nie pamięta, ponieważ jego rodzicom zależało, aby zapomniał o tym, że kidy kolwiek pokochał Hermionę i przyłączył się do Zakonu, a uratowanie siostry było tylko do tego pretekstem.
Dwa... nie wszyscy się ze mną zgodzili, że Hermiona jako śmierciożerca to dobry pomysł, ale ja zostaje przy swoim, o czym się przekonacie już w tej notce.
Trzy... sory, że tak długo czekaliście na nową notę, ale po prostu laptop mi sie zjebał i musiałam najpierw pisać w zeszycie, a dopiero potem mogłam na kompie w kiosku moich starych.
Cztery... z powodu szkołynotki mogą pojawiać się dość rzadko (podobno druga klasa jest najgorsza), ale obiecuję, że nie zaniedbam bloga i notki będą się pojawiały, szczególnie teraz, kiedy mam pełno pomysłów na rozwinięcie akcji.
Pięć... oto notka, na którą czekaliście.
Sześć... obowiązkowe pozdrowienia dla wszystkich odwiedzających moją stronkę. Dla Agaciorki, Ewki, Martyny, Feith i całej reszty komentujących lub też nie... zresztą co tam. Buziaki amigos!!!


=============================


Wyszła z kominka rzucając ostatnie spojrzenie Draconowi, po czym szybkim krokiem wyszła z jego apartamentu i udała się do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Kiedy już z niego wyszła oparła się ościanę nie dowierzając temu co właśnie przed chwilą zrobiła. Nerwowym ruchem ręki przeczesała włosy,które szybko opadły na jej bladą twarz. Rozejrzała się po korytarzu, ale nikogo nie było... nic dziwnego, przed chwilą wybiła godzina druga w nocy i raczej nikt normalny nie kręciłby się po ciemnych korytarzach otoczonych nikłą poświatą światła z pochodni, które przygasały powoli.
Powolnym ruchem zaczęła iść do wieży Gryffindoru pilnując,aby nie natknąć się przypadkiem na Panią Noris, która miała zwyczaj bywać tam gdzie najmniej jej chciano donosząc później swemu panu o występkach uczniów szkoły. Za każdym razem, gdy usłyszała jakikolwiek szelest chowała się do napotkanej klasy odczekując chwilę.
- Ykhm... - chrząknęła, gdy stanęła przed śpiącym portretem Grubej Damy. - Ykhm! - żadnej reakcji. - Ykhm! - dopiero za trzecim razem kobieta raczyła obdarzyć ją nienawistnym spojrzeniem.
- Czyżbyś zapomniała, że nie wolno się włóczyć po zamku po godzinie 23? - spojrzała na nią podejrzliwie.
- Zwycięstwo Gryffindoru - Hermiona zlekceważyła paplaninę portretu, który chcąc czy nie odsłonił przed nią dziurę, przez którą przedostała się do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.
Usiadła na fotelu stojącym na przeciwko kominka, w którym płomienie tańczyły wesoło. Wpatrywała się w niego myśląc o tym co miało miejsce niecałą godzinę temu. Wiedziała, że od tej decyzji nie ma odwrotu, ale też nie mogła się wycofać w ostatniej chwili. Nie mogła nie tylko dlatego, że zrobiła by z siebie pośmiewisko wśród wszystkich, a szczególnie Dracona, ale też dlatego, że mało prawdopodobne by było, że wyszła by z tamtąd żywa z oczywistych powodów, aby nikt z Zakonu nie dowiedział się gdzie jest ich kryjówka.

Pamiętała szepty niezadowolenia, a zarazem zdziwienia, kiedy wraz z Malfoy'em wyszła z kominka do ciemnego pomieszczenia, w którym jedynym ośrodkiem światła był ogień w palenisku i cztery pochodniena każdej ze ścian. Po chwili do pokoju wszedł wysoki mężczyzna z naciągniętym kapturem na głowę tak, że nie było widać jego twarzy, dopiero kiedy spojrzała na jego dłonie, domyśliła się kim on jest, miał długie, chude i białe niemal jak papier, żaden normalny człowiek nie mógł takich posiadać.
Draco odszedł do reszty śmierciożerców naciągając wcześniej czarny kaptur na głowę, a wtedy podszedł do niej niski, pulchny mężczyzna o mysim wyglądzie, to był Glizdogon. Poczuła do niego ogromną nie chęć, bo i on przyczynił się do śmierci Syriusza, może nie bez pośrednio, ale gdyby wtedy nie uciekł, Łapa nie musiałby siedzieć w ukryciu, a tym samym nie pragnąłby za wszelką cenę wydostać się z tego okropnego domu, przesiąkniętego stęchlizną i okropnymi wspomnieniami z lat kiedy jeszcze tam mieszkał. On go nienawidził, ale przyszło mu tam znowu powrócić z winy tego...
Podał jej małą fiolkę z mętnym eliksirem w środku, kilka razy potrząsła nim delikatnie, po czym przyłożyła do ust wypijając całą jej zawartość za jednym razem. Ogarnął ją spokój, tak jakby nic dookoła nie istniało. Słyszała jak zebrani mówią coś nie wyraźnie, potem odezwał się Voldemort, a z jej ust padły jakieś słowa, których nie rozumiała, jakby były wypowiedziane w innym, nie znanym jej języku.
Później prawie wszyscy wyszli został z nią tylko Draco, podszedł do niej na chwilę, odezwał się do niej, a potem z jej ust padła jakaś odpowiedź. Kilka razy to się powtórzyło i za każdym razem nie wiedziała co on do niej mówi, a co ona mu odpowiada, zresztą nie bardzo ją to interesowało, liczyła się tylko ta błoga pustka w głowie.
Drzwi się otwarły i do pokoju wlał się tłum w czarnych szatach, tak jak wcześniej zajmując miejsca dookoła niej. Czarny Pan podszedł do niej, jej lewą rękę ujął w swoją dłoń i w tym samym momencie zniknęła pustka, a na jej miejscu pojawiło się poczucie winy, żal do siebie samej i kolejne pytania, jak to dalej się potoczy.
Przyłożył do wewnętrznej strony jej ręki.Wypowiedział jakieś zaklęcie, którego nie dosłyszała, bo mówił je bardzo cicho, wręcz szeptał. Na jej ręce powoli rysowała się czaszka, potem wąż z jej ust wychodzący. Całemu temu zabiegowi towarzyszył okropny ból, miała wrażenie jakby ktoś rozżażonym węglem wypalał jej skórę zastępójąc ją mrocznym tatuażem. Przymknęła oczy, już po wszystkim! Odetchnęła z ulgą, kiedy to się skończyło, ale ból nie zniknął do końca, cały czas pulsował w miejsu Mrocznego Znaku.
- Odejdźcie! - rozkazał odwracjąc się do nich plecami, a po chwili wychodząc z pomieszczenia, a za nim wyszli wszyscy śmierciożercy.
Malfoy wziął garść zielonego proszku ze słoiczka, który stał na szafce, po czym wrzucił w ogień, który zaczął sie mienić wszystkimi odcieniami zieleni. Weszli do kominka, a Draco oboje wypowiadając nazwę szkoły: "Hogwart", w której po chwili się znaleźli.


Odchyliła głowę do tyłu opierając ją na oparciu fotela. Zacisnęła na chwilę oczy, bo przez jej lewą rękę po raz kolejny przebiegł nie miły dreszcz bólu. Domyślała się wcześniej, zanim wyruszyła do tego domu, że nie będzie to naprzyjemniejszy zabieg, ale nie myślała, że aż tak!
Czy miłość była warta ceny jaką zapłaciła? Czy warto było poświęcać przyjaźń trwającą 6 lat dla miłości trwającej niecały rok? W dodatku tak nie pewnego uczucia, jakim była miłość do Dracona. W swoją nie wątpiła, ale czy uda się jej po raz drugi przekonać go do siebie? Tego dowie się dopiero wtedy, gdy się jej to uda.
Przetarła dłonią zaspane oczy, które uparcie domagały się snu, którego ona równie uparcie im odmawiała. Tak zawzięcie to robiła, że w końcu zrezygnowały z dalszej walki, bo co innego mogły zrobić.
Jak to będzie dalej? Jak to będzie jeśli nic się nie potoczy po jej myśli? Co ona wtedy zrobi?
- Hermiona? Co ty tu robisz? Czemu nie śpisz? - do pomieszczenia wszedł chłopak w przykrótkiej piżamie, o zielonych oczach i wiecznie rozczochranych oczach.
- Nic - mruknęła cicho.
Rzuciłą szybkie spojrzenie na swoją lewą rękę sprawdzając, czy przypadkiem nie widać Mrocznego Znaku, na szczęście całość była przykryta rękawem bluzy, którą pożyczył jej na wszelki wypadek, gdyby kogoś spotkała w drodze do dormitorium, na przykład Panią Noris, a co gorsza jej właściciela.
- Byłaś u Malfoy'a - prychnął, gniewnie spoglądając na jego bluzę, w której już nie raz miał nikły zaszczyt go spotkać.
To było raczej stwierdzenie niż pytanie, więc doszła do w niosku, że nie musi nic mówić odnośnie do tego, ale za to z jeszcze większą uporczywością wpatrywała się w kominek, który już powoli przygasał. Miała nadzieję, że nie będzie już więcej tej nocy się do niej odzywał, niestety się przeliczyła, zresztą na co liczyła?
- Coś się stało? - zapytał łagodniej.
"Tak! Bardzo dużo! Ale nie powiem ci tego! Nie teraz! Nie w tym życiu!" - pomyślała.
- Nie - powiedziała w końcu.
- A tak swoją drogą myślałem, że już nie jesteś z Malfoy'em po tym jak... - powrócił do tematu pod tytułem: "Draco Malfoy".
- Przepraszam, ale jestem strasznie zmęczona - przerwała mu chyba zbyt gwałtownie ponieważ popatrzył się na nią zdziwiony, ale je to teraz nie obchodziło, ważne było tylko to, żeby nie musiała odpowiadać na więcej pytań. - A co ty tu robisz o tej porze? - zapytał wstając z fotela i podchodząc do schodów.
- Nie mogłe zasnąć - odpowiedział, także zbliżając się do schodów, tylko że prowadzących do drmitoriów chłopców.
Nie! Nie powie jej tego! Po tak długim czasie przerwy w jego koszmarach z serii: "Co Voldemort robi jego przyjaciołom i bliskim"! Coś tak absurdalnego jak to co mu się przyśniło nie mogło stać się na prawdę! Bo przecież Hermiona Granger nie mogła wstąpić w szeregi śmierciożerców, a tym samym stanąć po tej drugiej stronie! To absurd!
Ach! Gdyby tylko wiedział jak bardzo się myli. Bo przecież jak mógł się domyślić, że ona już to zrobiła, jakąś godzinę temu?!
Ostatni raz omiotła pokój spojrzeniem,po czym wdrapała się na szczyt schodów i weszła do dormitorium,które dzieliła z Parvati i Lavender, które smacznie spały w swoich łóżkach.
Ile będzie musiała się jeszcze ukrywać? Czy w ogóle kiedykolwiek przestanie? I czy odwarzy się im o tym powiedzieć? Szczerze w to wątpiła, ale co zrobi, kiedy na wakacje pojadą do domu na Grimmauld Place 12? Nie odwarzy się spojrzeć rodzicom Rona w oczy, szczególnie pani Weasley.
Tyle osób zawiedzie tym co zrobiła, tylko dlatego że zakochała się w nieodpowiednim chłopaku, dla którego zrobiłaby dosłownie wszystko!
Ogarnęło ją zmęczenie i opadła na łóżko prawie od razu zasypiając.


***


Powoli zwlekła się z łóżka. Zrobiła to niechętnie,ale nie zamierzała całego dnia spędzić w pokoju nikomu się nie pokazując na oczy. Jej współlokatorek już nie było. Ściągnęła swoje ubrania, których nie ściągnęła z powodu wielkiego zmęcznia, narzuciła na siebie swój szlafrok, a do ręki wzięła ręcznik z wygrawerowanym godłem Gryffindoru na jego środku. Wyszła z pokoju, przeszła przez pusty Pokój Wspólny, a później przez równie puste korytarze, szybko dochodząc do łazienki przeznaczonej dla prefektów, z której przez ostatni rok prawie w ogóle nie kożystała.
Weszła do wiecznie zamglonego pomieszczenia, na środkuktórego był wpuszczony w podłogę wielki basen. Na jednej ze ścian wisiał obraz przedstawiający syrenę, która poruszała swym ogonem w takt wody jej otaczającej i wydając z siebie jakieś dzikie okrzyki.
Odłożyła ręcznik na małą ławeczkę stojącą pod obrazem i poodkręcała kilka kraników ze swoimi ulubionymi płynami. Po krótkiej chwili cały basen był napełniony wodą i wszelkiego rodzaju bańkami mydlanymi. Ściągnęła szlafrok i przysiadła na brzegu, kilka chwil minęło zanim weszła do środka, a w tym czasie w przez ciągle zbierającą się mgłe nie było prawie nic widać. Powoli wsunęła się do środka i poczuła błogie ciepło rozchodzące się w całym jej ciele. Częściowo wstrzymując oddech unosiłasię na spokojnej tafli wody. Wspomnienia wracały, jak bumerang, którego nikt nie chciał,a on uparcie wracał, wierząc że ta osoba zmieni zdanie, ale ona na pewno go nie zmieni. Chciałaby jak najszybciej zapomnieć o tym wszystkim, że zdradzając przyjaciół wstąpiła w szeregi śmierciożerców, oczywiście zrobiła to tylko dla Dracona, ona tego nie chciała, ale los igrał z jej uczuciami doprowadzając do takiego stanu rzeczy.
Pomyślała o czymś przyjemnym, jej największym marzeniem było to aby Malfoy się w niej zakochał... ale czy to jest możliwe? Miłość potrafi zdziałać cuda, ale nie sprawi, że wszystko wróci do normy, a dokładniej tak jak było kiedyś. Między nią a Harrym i Ronem powoli tworzyła się przepaść, której nikt nie jest w stanie zlikwidować, jedynie można opóźnić natknięcie się na nią.
W pomieszczeniu rozległo się ciche i powolne skrzypienie drzwi. Czemu nie może się spokojnie odprężyć nie oglądając nikogo na oczy? Dlaczego? Czy tak wiele chciała? Przez mgłę zauważyła tylko tyle, że był to chłopak z dziewczyną, on włosy jasny blon, ona czarne. Domyśliła się prawie od razu kto to może być, Draco z jakąś dziewczyną, wolała nie myśleć kim ona jest. Po chwili przeniosła wzrok z powrotem na Malfoya, a on ewidentnie patrzył się w jej stronę.
Minęło kilka kolejnych chwil, kiedy poczuła jak czyjaś ręka owinęła się wokół jej talii. Odwróciła się i omało nie krzyknęła, a nie zrobiła tego tylko dlatego, że zatkał jej usta.
- Nie krzycz – zasyczał jej do ucha, tak że ledwo co dosłyszała, a po jej ciele przeszły ciarki podniecenia.
- Co ty robisz? – zapytała, gdy tylko cofnął rękę od jej ust.
- Myślisz, że ja nic nie wiem.. – zaśmiał się.
- O czym? – zmrużyła oczy próbując odgadnąć o co mu chodzi.
- Sama mi o tym powiedziałaś – w dalszym ciągu nie wiedziała o co mu chodzi. – Dowiedziałem się na przykład, że byłaś ze mną w ciąży.
- Co?! – gdyby miała jak na pewno by od niego odskoczyła, ale za nią była już ściana basenu.
- Ciszej!
- Draco, co się dzieje?! – dobiegł ich głos Parkinson.
- Nic! – warknął odwracając głowę spowrotem na gryfonkę.
- Ja już muszę iść – mruknęła i wyszła z basenu.
Cały czas śledził ją wzrokiem, jak się wycierała,a potem nakładała na siebie szlafrok, a potem wyszła z łazienki.

Biegła przed siebie nie zatrzymując się nawet na chwilę, stanęła dopiero przed portretem Grubej Damy, przed który nogi same ją zaniosły. Powiedziała hasło i nie oglądając się przebiegła przez Pokój Wspólny prosto do swojego pokoju, który znajdowałsię na 3 piętrze dormitorium dziewczyn. Dopiero tam uwolniła lawinę łez, które zbierały się w koncikach jej bursztynowych oczu. Po co wtedy do niej podchodził? Mógł ją zostawić w spokoju. Choć w sumie...

Niczym anioł dotykasz mego ciała,
niczym diabeł kusisz mą duszę,
niczym człowiek przywłaszczasz me serce,
lecz teraz wolisz inną, nie mnie...

***

- O! Granger! - w poniedziałek idąc na śniadanie do Wielkiej Sali spotkała Malfoy'a.
- O co ci chodzi? - burknęła nie patrząc chłopakowi w oczy.
- Hmm... - podszedł do niej bliżej. - Masz niezłe ciało - wypalił, a na jej twarzy wykwitły dwa dorodne rumieńce - na pewno lepsze niż Pansy - dodał i odszedł kierując się do lochów.
"Co to miało znaczyć?" - pomyślała.
Zamyślona usiadła obok swoich przyjaciół.
- No co? - zapytała widząc minę Rona.
- Nic, myśmy po prostu myśleli, że już skończyłaś z tym dupkiem - prychnął rudowłosy.
Wzięła głęboki wdech, aby się uspokoić, wzruszyła ramionami i nałożyła sobie na talerz trochę jajecznicy i dwa tosty. Wyjątkowa zjadła wszystko co miała na talezru, co ostatno zdażało się coraz żadziej. Równo z tym jak wzięła do ust ostatni kęs, wstała i odeszła od stołu, a do wielkich dębowych drzwi odprowadziły ją zdziwione spojrzenia przyjaciół, którzy kompletnie nie wiedzieli o co jej chodzi.
Szła prosto przed siebie, nie patrzyła gdzie idzie. Co chwile wpadła na kogoś, czego skutkiem były wyzwiska pod jej adresem.
- Po coś ty przyszła do lochów? Przecież nie mamy eliksirów - usłyszała za sobą głos Dracona.
- A co? Nie można? - prychnęła.
- A czy ja coś takiego powiedziałem? - podszedł do niej bliżej, tak że serce jej szybciej zabiło. Osunęła się do tyłu.
- Boisz się - stwierdził uśmiechając się drwiąco.
- Nie - pokiwała przecząco głową.
To była bzdura, bała się co on może zrobić, on nie była taki jak dawniej, taki jak dwa miesiące temu.
Szybkim ruchem ręki złapał jej drobne nadgarstki i pchnął na ścianę, nie było to miłym dla niej doświadczeniem, wręcz bolesnym.
- I co? Dalej się nie boisz? - zasyczał jej do ucha, po czym odsunął głowę tak, aby widzić jej twarz.
Nie musiała odpowiadać, wszystko było widać w jej oczach, z których biło przerażenie. Spojrzała w błękitne tęczówki Dracona, w których było widać wyraźną satysfakcję. Nie wiedziała co może jeszcze zrobić, może ją póścić, albo dalej będzie się nią bawił. Nie próbowała się nawet wyrywać, wiedziała że nie ma szans z jego umięśnionymi rękami. Stali tak chwilę w milczeniu.
- To boli - jako pierwsza ciszę przerwała Hermiona, bo rzeczywiście uścisk Draco, ani na chwilę się nie poluźnił, a wręcz przeciwnie, był coraz mocniejszy.
Uśmiechnął się drwiąco, co dało jej do zrozumienia, że w tej chwili to go najmniej interesuje, ale jednak trochę go poluźnił.
Nachylił się nad nią, tak że mógł wyliczyć wszystkie piegi na jej nosie, brutalnie wepchnął język do jej ust całując ją namiętnie. Czy tego chciała? Nie był już tak delikatny jak kiedyś, nie liczyło się dla niego czy ona tego chce, ważne było, że on chciał.
Nie kochał jej, miłość była mu uczuciem obcym, ale strasznie pożądał jej ciała, jak żadnego innego. Miała w sobie to "coś" czego innym dziewczynom brakowało. Przypomniał mu się dzień,kiedy wstąpiła w szeregi Czarnego Pana, zapytał się ją co mkiała na myśli, że byli razem. Dowiedział się, że o mało by nie został ojcem, o swoich miłosnych wynaniach.
- Pokaż mi! Pokaż mi, jak bardzo mnie kochasz! - zażądał.
Od razu wiedziała o co chodzi, nie obchodziły go zwykłe słowa, czy chociażby zwykły pocałunek, on chciał czegoś więcej. Widziała to w jego spojrzeniu. Wiedziała, że nie ma wyboru, bo to nie była prośba, tylko żądanie.
Puścił jej ręce, które opadły bezwładnie wzdłuż jej tułowia. Wzięła głęboki wdech. Co ma robić? Miała mieszane uczucia, z jednej strony chciała tego, jednak z drugiej bała się... bała się, że się nią zabawia, a potem pożuci jak starą, do niczego nie potrzbnął zabawkę.
- A więc zgadzasz się... - stwierdził.
To będzie najlepsze rozwiązanie, nie będzie się w ogóle odzywać, a wszystko jakoś samo się potoczy.
Powoli wsunął ręce pod jej bluzkę i jednym sprawnym ruchem rozpiął jej stanik iwłożył go sobie do kieszeni bluzy.
- Chyba nie tutaj?! - chciała odskoczyć, ale w porę się zorientowała, że stoi prawie pod samą ścianą.
- A już myślałem, że się ni zgodzisz - powiedział z wyczówalną satysfakcją w jego głosie.

Po chwili znaleźli się w jego pokoju, gdy tylko przekroczyli jego próg przyciągnął ją do siebie. Zmienił się nie do poznania, delikatny i czuły, taki jak kiedyś, ale jednak trochę inny. Jego oczy nadal były zimne, nie wyrażające żadnych pozytywnych uczuć, w ogóle żadnych uczuć w nich nie było. Przeszli do sypialni, powoli ale zdecydowanie ściągał z niej ubrania. Pchnął ją lekko na łóżko, wylądowała na miekkim materacu. "Kocham cię" - pomyślała,kiedy łączyli się w kolejnym namiętnym pocałunku.
- Wiem - uśmiechnąłsię złośliwie.
- Co wiesz? - zmrużyła oczy.
- Że mnie kochasz... - odpowiedział. - Leglimencja - dodał widząc jej zaciekawione spojrzenie.
Zatkało ją. Pewnie już od dłuższego czasu bezwstydnie zaglądał w jej myśli i uczucia. Chciała coś na to powiedzieć, ale nic nie przychodziło jej do głowy, a zresztą po chwili strciła na to ochotę.

komentarze [66]





Tytuł : 29. Po ciemnej stronie barykady
Data : wtorek, 30 sierpnia 2005
Godzina : 20:52:27
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [36]


Mam do was prośbę, zajrzyjcie na moje blogi... chodzi mi o te nowe, bo ile się ich przewinęło przez moją klawiaturę... Dobra oto one:
- www.emer-paganini.mylog.pl
- www.syriusz-black.mylog.pl (zamiast huncwotów)
Zmiany... ach te zmiany zachodzące ciągle w mej duszy... a owe zmiany owocują nowymi notkami na tym blogu, innymi od innych. Zaczynam kolejny etap pisania... hmm... co to znaczy? Wątpie, żeby kto kolwiek znalazł w tej notce choćby najmniejszy powód do śmiechu, chyba tylko ktoś, kto ma czarne poczucie humoru... tak jak ja :> Ale co ja będę się rozpisywać, zobaczcie sami...
Notkę dedykuję Natce, Agaciorce, Faith i mojej kochanej Ewci, która i tak nie czyta tego bloga (bo o nim nie wie :]). Za to buziaki ślę wszystkim, którzy czytają moje fanfiction.


====================================


Spojrzała na swoje nadgarstki. W głowie usłyszała cichy głosik "Zrób to!" - zasyczał. Jak kusząca była to dla niej propozycja. Ale nawet nie próbowała ukryć tego przed sobą, że bała się, był to strach przed uczuciem bólu rozrywającego ją od środka.
Już drugi tydzień leciał od kiedy wylądowała w Skrzydle Szpitalnym. Była noc, cały Hogwart był pogrążony w spokojnym śnie, tylko ona leżała już, którąś godzinę nie umiejąc zasnąć. Nie liczyła tego ile czasu wpatruję się tępo w przestrzeń, która wydawała się jej strasznie odległa. Odwróciła się na drugi bok, jak przed śmiercią przed oczami zaczęły się jej przesuwać obrazy z przeszłości, momenty ważniejsze i te mniej. Każdy z nich zadawał cios w jej już i tak krwawiące serce.
Wstała po cichu i podeszła do drzwi gabinetu pielęgniarki, delikatnie uchylając drzwi. Pani Pomfrey spała snem tak twardym, że tylko bomba atomowa byłaby w stanie ją w tym momencie obudzić. Zaczęła przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegoś ostrego, najlepiej jakby to była żyletka, ale jej było teraz wszystko jedno czego użyje.
Po kilku minutach znalazła to, czego szukała. Żyletkę. Wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi, wróciła do swojego łóżka. Spojrzała na przedmiot trzymany w ręku. Ostateczna decyzja, zrobić to czy nie.
- "Zrób to!" - ponownie usłyszała głosik w głowie, który kusił i nęcił, aby przyłożyła sobie ostrze do nadgarstka. - "To nic nie boli..." - zasyczał.
Zrobiła to! Najpierw jedną kreskę, potem drugą. Z obu zaczęła się sączyć ciemno czerwona krew. Jednak zranione ciało nie bolało tak strasznie jak dusza, która powoli wydostawała się na wolność, z czasem czuła się coraz lepiej. Myśli nie była już tak przesiąknięte bólem i cierpieniem. Tego właśnie było jej trzeba!

Moje serce cierpi,
moje serce krwawi.
Cała ciebie pragnę,
ale wszystko zniszczyłam,
kilkoma słowami,
którymi naszą miłość przekreśliłam.
Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.

Do Skrzydła Szpitalnego wdarły się poranne promienie słońca, a wraz z nimi dwoje przyjaciół odwiedzających codziennie swoją przyjaciółkę.
- Pani Pomfrey! Pani Pomfrey! - wrzeszczał czarnowłosy chłopak stojący nad jej łóżkiem.
- Co się stało? - pielęgniarka wyszła ze swojego gabinetu.
- O-ona chyba nie żyje! - krzyknął rudowłosy wskazując na dziewczynę.
Pielęgniarka podbiegła szybko do łóżka, sprawdziła puls Hermiony.
- Jeszcze żyje - odparła z lekką ulgą, ale wiedziała, że będzie bardzo trudno przywrócić ją do świata żywych.
- Jak to "jeszcze"?! - krzyknęli obaj.
- Proszę was, wyjdźcie stąd! Nie mogę pracować, kiedy się przekrzykujecie mi nad uchem!
Nie protestowali, wiedzieli, że liczy się każda minuta, sekunda. Wyszli ze skrzydła i skierowali się do wieży Gryffindoru, nie chciało im się iść na śniadanie, a nie mówiąc już o lekcjach. Byli zbyt przygnębieni faktem, że ich przyjaciółka może na zawsze odejść z tego świata.
Harry'ego bolało to podwójnie. Jak bardzo żałował, że dopiero po tylu wspólnych latach odkrył jakim uczuciem darzy tę piękną gryfonkę. Była to miłość. Tak prawdziwa, tak mocna. Cierpiał niemiłosiernie, kiedy dowiedział się, że jest w ciąży z Malfoy'em.
Chciało mu się płakać, ale czy to wypadałoby siedemnastoletniemu chłopakowi, który stawał się już mężczyzną? Bił się z myślami. Cały czas myślał tylko i wyłącznie o NIEJ! Nie mógł przestać, nawet gdyby tego chciał.


***


W tym samym czasie, kilka pięter niżej pewien chłopak starał się wyrzucić ze swojej pamięci wszystko co go łączyło z Hermioną. Musi to zrobić, nie ma wyboru. Przed chwilą dostał sowę od rodziców. Kiedy ją zobaczył najchętniej wyrzuciłby ją przez okno, ale teraz... gdy przeczytał treść zawartą na kawałku pergaminu. A była ona następująca:

Draconie,
proszę cię, zapomnij o tej szlamie. Wróć do nas, do swojej rodziny...


Dalej tekst był podobny, na koniec jednak było coś co nim wstrząsnęło totalnie.

Nigdy wcześniej ci tego nie mówiliśmy i stwierdziliśmy, że powinieneś dowiedzieć się prawdy. Masz bliźniaczą siostrę i jeżeli nie staniesz po stronie Czarnego Pana ona zginie. Nie możemy cię do niczego zmusić, ale wiedz, że życie Nadine jest w twoich rękach.

Narcyza Malfoy


Nie wiedział co w tej sytuacji zrobić, ani co myśleć. Przez 17 lat był okłamywany przez własnych rodziców, którzy nigdy o niej nie wspomnieli. Dopiero teraz, kiedy jej życie wisi na włosku postanowili to zrobić. A jeśli do tego by nie doszło, to nigdy nie dowiedziałby się że ma rodzeństwo? Trochę go zdziwiło, że Czarnemu Panu tak zależy, aby należał do śmierciożerców, ale co miał zrobić w tym wypadku? Odmówić?
Zresztą i tak nie miał nic do stracenia, bo przecież Hermiona nie chce go widzieć. Tylko, że on nawet nie wiedział jak bardzo się myli, ale tak jak wszyscy jest tylko człowiekiem.


***


Wieczorem odpisał na list, że się zgadza. Strasznie ciężko było mu napisać te kilka słów. Każda litera była kolejną szpilką w jego sercu. Choć cierpiał niemiłosiernie zgodził się. Czy to będzie już koniec jego pierwszej prawdziwej miłości, którą poczuł w swoim sercu, które zwykle było zimne na jakiekolwiek uczucia.
Po kolacji nogi same poniosły go do Skrzydła Szpitalnego. Wszedł do jego wnętrza. W dalekim końcu leżała pogrążona w głębokim śnie gryfonka. Oddychała miarowo i spokojnie. Nawet nie wiedział co tu się działo rano. Nic nie wskazywało na to, że cierpiała.
Podszedł do jej łóżka. Nachylił się nad nią, odgarnął kosmyk jej brązowych loków i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Zapewne będzie to ich ostatni.
Wyprostował się, spojrzał na nią raz jeszcze i odszedł. Miał nadzieję, że nie pożałuje swojej decyzji.


***


Następnego dnia obudziła się. Wszystko dookoła było tak sterylnie białe, że pierwszą myślą jaka przyszła jej do głowy, że już umarła. Ale czy gdyby nie żyła, to czy bolałaby ją tak strasznie ręka, na której widniały dwie cienkie kreski.
- Obudziłaś się! - ucieszył się chłopak, który wszedł do sali.
- Cześć Harry - odpowiedziała smętnie.
- Musisz coś wiedzieć - zaczął niepewnie, a cała radość, jaka wcześniej z niego emanowała prysła. To jemu przypadła ta niewdzięczna rola powiadomienia jej co zrobił jej ukochany. - Malfoy już nie należy do Zakonu - wypowiedział te słowa jednym tchem.
- Jak to? Czyli to znaczy, że... - serce jej zamarło. - N-nie, to nie możliwe! - podniosła się gwałtownie, przez co zakręciło się jej w głowie i z powrotem opadła na poduszkę. - A-ale czemu - zapytała słabo.
- Nie wiem.
Nie miała sił, żeby coś powiedzieć. I tak już bardzo cierpiała, a teraz jeszcze to. Czyli już przekreślił te wszystkie wspólne miesiące? Dla niej było jasne, że i ona musi o tym zapomnieć, żeby móc normalnie żyć, a nie szukać kolejnych okazji, aby się zabić.
Odgarnęła nerwowo kosmyk włosów, który nasunął się jej na oczy.
- Dzień dobry - do Skrzydła wszedł wysoki mężczyzna z brodą sięgającą do ziemi.
- Dzień dobry dyrektorze - odezwali się chórkiem Hermiona i Harry.
- Chciałbym porozmawiać z panną Granger na osobności - odezwał się podchodząc do jej łóżka.
- Przyjdę do ciebie jutro, tym razem z Ronem - stwierdził Potter i wyszedł.
- O czym chce pan ze mną mówić? - gryfonka spojrzała na niego z zainteresowaniem.
- O prawdzie - popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Nie rozumiem.
Zapadła między nimi cisza, która biła się nieznośnym echem po pomieszczeniu. Co Dumbledor chciał powiedzieć jej o prawdzie? Bo chyba nie chciał jej tłumaczyć różnicy między kłamstwem a prawdą? Rozejrzała się po pomieszczeniu szukając jakiegokolwiek potencjalnego źródła dźwięku. Wolałaby już, żeby ktoś wrzeszczał na nią, nie chciała słyszeć tej przeklętej ciszy... słyszeć? Raczej nie słyszeć nic.
- Chodzi o twoich rodziców - zaczął.
- Co się z nimi stało?! - wpadła mu w słowo.
- Nic - odparł spokojnie. - Dokładnie chodzi mi o twoją matkę, ona jest, jakby ci to powiedzieć... czarownicą.
Słowa dochodziły do niej w spowolnionym tempie. Jak to jej matka czarownicą? Kolejne kłamstwo zżerające jej rodzinę. Kłamstwo, którego źródła nie dało się ustalić. Spojrzała nieprzytomnie na dyrektora, czy wiedział o tym wcześniej? Jeśli tak, to czemu tak długo to przed nią ukrywał? Czy ten pieprzony świat cały jest pogrążony w jednym wielkim kłamstwie? Wszędzie to jadowite słowo wdzierające się do jej umysłu, kłamstwo, kłamstwem napędzane. To dlatego, kiedy dostała list ze szkoły jej matka prawie w ogóle się nie zdziwiła. Ale czemu jej siostra nie dostała listu? Może wdała się w ojca? A może dostała, tylko ona, Hermiona nic o tym nie wiedziała? Czy może zaraz się okaże, że jej ojciec nie jest jej biologicznym ojcem? Tylko jakimś obcym mężczyzną zamieszkującym wraz z nią i jej matką? Razem, a jednak osobno... Głowa jej pękała od natłoku myśli, który rozsadzał ją od środka.
Jeszcze jedna ostatnia myśl, czy dalej jest szlamą? Bo jeśli nie, to już nikt nie będzie jej mógł tak nazwać. Ale czy nie uderzy jej to do głowy? Kolejne pytania próbowały się wedrzeć do jej myśli, które i tak były już nimi zapełnione.
Zamknęła oczy. Sen. Rzecz tak bardzo przez nią upragniona w tym jakże trudnym momencie, ale ten jak na złość przychodził on powoli, okrywając ją delikatną poświatą spokoju. Po woli jej oddech stawał się miarowy, kojące myśli po woli wyganiały z głowy wszystkie pytania, jakie sobie zadawała prze ostatnie 5 minut. W końcu zasnęła.
- Coś się stało Albusie? - z gabinetu wyjrzała Pomfrey.
- Nie, wszystko w porządku. Nadmiar zdarzeń i myśli ją zmęczył - to drugie zdanie mruknął tak bardziej do siebie, ale pielęgniarka i tak je usłyszała.

Spokój snu szybko został zakłócony. Widziała obrazy przedstawiające ją, jak była jeszcze małym dzieckiem, jej matkę oraz jakiegoś obcego mężczyznę. Wszyscy uśmiechali się do niej promiennie. Dziewczynka po chwili zmieniła wyraz twarzy ze szczęśliwego na smutny i ponury. Podwinęła lewy rękaw swojego zielonego sweterka, a na wewnętrznej części jej przed ramienia znajdował się znak, Mroczny Znak.

Hermiona obudziła się cała zlana potem i odruchowo spojrzała się na swoją lewą rękę. Nic na niej nie było, ale piekła strasznie, jakby coś było ukryte pod jej delikatną skórą. Wstała ze swojego łóżka i podeszła do okna, wyjrzała przez nie i omal nie krzyknęła, na granatowym niebie nocy widniał ten sam znak, znak Voldemorta! Kto go wyszczelił? - pierwsze pytanie, Po co go wyszczelił? - drugie pytanie, a za nim polała się cała lawina bardzo podobnych pytań. Czy to się nigdy nie skończy? - opadła miękko na materac łóżka stojącego obok okna, zemdlała.


***


Dopiero po tygodniu wrócił do szkoły, kiedy było po wszystkim, tylko szkoda, że on, Draco Malfoy, nie pamiętał co było wcześniej. Spojrzał na platynową blondynkę siedzącą razem z nim w jego apartamencie znajdującym się w lochach Slytherinu.
- Co ci jest? - Nadine odezwała się jako pierwsza.
- Nic - odparł chłodno wyglądając za okno. - Tylko dziwnie się czuję...
Spojrzał na swoją lewą rękę, na której widniał Mroczny Znak. Czuł jeszcze lekkie pieczenie po jego wypaleniu w skórze. Czuł się jakby ktoś odebrał mu wszystkie najpiękniejsze wspomnienia z tych ostatnich miesięcy, a zostawiając tylko te ponure, ogarnięte złem i okrucieństwem tego okropnego świata, na którym przyszło mu żyć.
- Czy ty też dopiero teraz się o tym dowiedziałaś? - zapytał spoglądając na nią swoim zimnym wzrokim.
- Nie, to znaczy... wiem to już od pewnego czasu - odpowiedziała.
- Ile dokładnie?
- Kilku miesięcy - stwierdziła niepewnie.
Wziął głęboki wdech, po czym wypuścił go ze świstem.
- Idę się okąpać - odezwał się po dłuższej chwili ciszy - do łazienki Prefektów - dodał.
Przebrał się w swój jadowicie zielony szlafrok, a przez rękę przełożył sobie w tym samym kolorze ręcznik i wyszedł. Szybkim krokiem przemierzał korytarze zamku, w których panował półmrok.
Nagle ktoś zderzył się z nim upadając na podłogę. Niechętnie spóścił wzrok na dziewczynę leżącą u jego stóp, która nieporadnie zaczęła się podnosić. Wyciągnął pomocną rękę, aby mogła wstać. Dopiero, kiedy stanęła przed nim w całej swej jakże skromnej postaci zorientował się kto to jest.
- O! Szlama Granger! - wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu.
Nawet nie wiedział jak bardzo ją to zabolało, tak dawno się do niej tak nie zwrócił. Ostatni raz to się zdarzyło... wysiliła umysł, prawie rok temu.
- Nie jestem żadną szlamą - odpowiedziała cicho.
- To jak inaczej nazwać osobę pochodzącą z mugolskiej rodziny? - zapytał z ironią w głosie.
- Jak już to pół mugoskiej - odparła, a on spojrzał na nią zdziwiny. - Chyba... - szepnęła do siebie, bo tak na prawdę nie wiedziała wszystkiego o ojcu, już nieczego nie mogła być pewna. - Moja matka jest czarownicą - dodała głośniej.
- Dobra, mniejsza o to, idę do łazienki - wzruszył ramionami.
- Czyli już zapomniałeś - mruknęła cicho.
- O czym zapomniałem? - zapytał zaintrygowany, odwracając się do niej, stali jakieś 20 centymetrów od siebie.
- O tym co było, między nami - odpowiedziała.
- Jak to między nami? Między mną, a tobą? - spojrzał na nią, jakby wyskoczyła z propzycją wzięcia ślubu, co w tej sytuacji wyglądałoby nader zaskakująco, żeby nie powiedzieć bardzo dziwacznie.
- Tak - pisnęła.

Serce bolało,
cisło się do gardła.
ON zapomniał -
krzyczało.
Ja nie słuchałam,
nie wierzyłam,
nie chciałam uwierzyć.
Czy aż tak zimne serce ma,
by zapomnieć raz, dwa?

- Co jest? Co się tak gapisz? - zapytał, tym samym wyciągając ją z zamyśleń. - Idę - zaczął iść w kieruknu łazienki.
Teraz albo nigdy. Powiedzieć mu czy nie? Zrezygnować z przyjaźni czy też nie? Czy jej na to pozwolą? Serce biło jej coraz szybciej z każdym następnym pytaniem. Czy będzie umiała być, taka jak oni, zimni i bez uczuć? Tylko jednego uczucia nie wyrzeknie się nigdy! Miłości do tego ślizgona, który oddalał się coraz bardziej, był coraz dalej, malał w oczach.
- Dr... Malfoy! Zaczekaj! - odwrócił się na pięcie obserwując biegnącą w jego stronę Hermionę.
Loki unosiły się w powietrzu pod wpływem biegu, oczy bursztynowe błyszczały z oddali. Gładka skóra połyskiwała w blasku pochodni.
- O co chodzi? - zapytał sucho, kiedy wreszcie do niego doszła.
- Ja... eee... - zaczęła nieporadnie.
- Możesz się streszczać - wtrącił się.
- Nie poganiaj mnie! - krzyknęła. - Ja chcę do was dołączyć - wypowiedziała jednym tchem.
Wmurowało go, spojrzał z nieukrywanym zdziwieniem. Czy on dobrze zrozumiał? Ona chce stanąć po stronie Czarnego Pana? Przecież to nie możliwe! Ona jest przyjaciółką tego głupiego Pottera i jeszcze głupszego Weasley'a! Głęboki wdech i wydech.
- Coś ty powiedziała? - zamrugał kilkakrotnie nadal będąc w wielkim szoku. - Ty chcesz dołączyć do Czarnego Pana?! - przełknęła głośno ślinę, po czym lekko kiwnęła głową. - Ale czemu?
A o co on się martwi? Przecież będzie miał niezłą zabawę z tego, jak będzie widział Pottera. Wyobrażał sobie jego minę, każdy szczegół, kiedy się dowie, że jego przyjaciółka przeszła na tę drugą stronę, stronę przeciwko on sam walczy.
- Z przyczyn, których ty, przynajmniej na razie, nie zrozumiesz.
Zapadło między nimi niezręczne milczenie. Na jego twarz powoli wstępował uśmieszek satysfakcji. Jego Pan będzie bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Od swojego ojca dowiedział się, że kiedyś próbowali ją zabić, aby zadać ból chłopcu, który przeżył. Ale zdecydowanie ten będzie silniejszy.
- To jak? - głos drżał jej z nerwów.
- Muszę się zapytać kogo trzeba, na jutro będę miał dla cibie odpowiedź - uśmiechnął się sam do siebie. - A teraz wybacz, idę się wykąpać - dodał wskazując na drzwi za nim.
- Dobra, idź - mruknęła.
Wszedł do środka. Oparła się o ścianę. Zrobiła to! Nie wiedziała czy to dobrze, czy źle, ale nie czuła się z tą myślą specjalnie źle. Wpadła jej jedna myśl do głowy, sama nie wiedziała czemu... Wreszcie będzie miała spokój od tego Pottera, przez którego głupotę i pragnienie ratowania kogoś ginęłli ludzie, między innymi Syriusz! Ale czy on na pewno zginął? Przypomniała sobie dzień po balu, kiedy ktoś wtargnął do jej dormitorium, a potem rozmowa Dumbledora ze Snape'em. Oni mówili o Syriuszu, nawet Dumbledor prosił ją, żeby o niczym co usłyszała nie mówiła Harry'emu.
Odgarnęła samotny kosmyk włosów, który zwisał jej przed oczami. Teraz już nie ma odwrotu, trzeba żyć i iść dalej naprzód. Nie myśleć o przeszłości, ani o przyszłości, żyć chwilą obecną!


***


- A więc jak? - "zaatakowała" go, kiedy wychodził z Wielkiej Sali po zjedzeniu śniadania.
- Coś ty taka nerwowa? - uśmiechnął się złośliwie.
- Powiesz mi czy nie?!
- Dobra, ale nie przy wszystkich - odpowiedział.
Rzeczywiście, naokoło nich było pełno uczniów wchodzących bądź wychodzących z Wielsiej Sali. Kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Zeszli do lochów, tu na pewno nikt ich nie będzie podsłuchiwał... przynajmniej nikt, kto mógłby donieść o tym któremuś z nauczycieli.
- No więc?! - ponaglała niecierpliwie, kiedy weszli do jakiejś starej, opuszczonej klasie.
- Możesz, tylko pod jednym warunkiem... będziesz musiała wypić Veritaserum, żeby Czarny Pan się upewnił, czy przypadkiem nie będziesz szpiegiem - odpowiedział.
Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie miny swojego ojca, kiedy mu opowiedział o całym zdarzeniu. Z początku nie mógł w to uwierzyć, ale jednak udało mu się go przekonać, ponieważ wiedział, że gryfonka nie umie tak kłamać. Wiedział to, nawet sam nie wiedział skąd, ale tak po prostu czuł.
- Kiedy? - zapytała pewnie.
Zmrużył oczy przedłużając chwilę napięcia, a cała pewność jaką miała jeszcze chwilę wcześniej uleciała z niej jak z przekłutego balonika.
- Jutro wieczorem - odpowiedział w końcu.
Tak szybko? Zrobiło się je duszno. Jak długo uda się jej to utrzymać w tajemnicy? Nie miała ochoty rozgłaszać tego każdemu kogo spotka. W ogóle najlepiej by było jakby dowiedzieli się o tym jak najpóźniej. Przymknęła oczy, poczuła jak świat wokół niej wiruje, coraz szybciej i szyciej. Nie dało się tego powstrzymać. Powoli zapadała się. W zwolnionym tempie upadała na zimną posadzkę. Aż w końcu uderzyła o nią.
- H... Granger! Żyjesz? - spojrzała na rozmazane rysy chłopaka.
Powoli dochodziła do siebie. W głowie już się jej nie kręciło, nie czyła też duszności. Rozmazane mazy przed jej oczami wróciły do prawidłowego stanu.
- Żyję - odpowiedziała nieprzytomnie podnosząc się.
- Pomogę ci - podał jej rękę przewracając oczami.


***


Stanęła w pokoju Dracona przed kominkiem. Za chwilę stanie się jedną ze śmierciożerców. Spojrzała na odsłonięte w tym momencie lewe ramię chłopaka. Widniał na nim Mroczny Znak, ciarki przeszły po jej całym ciele. Od dzisiaj tak jak on będzie na zawsze naznaczona piętnem czystego zła.
Co za ironia losu? Nigdy nie dopuściłaby do siebie myśli, że stanie po tamtej stronie barykady. Dlaczego tak się stało? Za bardzo kochała Dracona, aby z nim walczyć. Nie, ona nie ma na to dostatecznie dużo sił. Równocześnie wiedziała, że podjęta decyzja jest do końca życia.
Malfoy rzucił do wnętrza kominka garść proszku Fiuu, a ogień zmienił kolor z żółto-czerwonego na zielony. Jescze jedne głęboki wdech i wydech. Weszli do ognia. Poczuła przyjemne muskanie płomieni.
- Rocher Street 21 - to były ostatni słowa jakie zapamiętała.

komentarze [36]





Tytuł : 27. Bal i zerwanie...
Data : środa, 17 sierpnia 2005
Godzina : 19:54:43
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [46]


Ostatnio pisałam, że na czas wakacji zawieszę bloga, ale jednak coś mnie skusiło, aby ponownie zasiąść przed komputer, a złożyło się na to kilka czynników, o których przynajmniej na razie wolę nie myśleć. Poza tym ostatnio przybyło mi obowiązków, ponieważ nareszcie zostałam konsultkanką Avonu.
Ostatnio pogoda do bani, raz nawet jak złapał mnie deszcz to nie miałam suchej nitki na sobie i kumpela musiała mi wszystko pożyczyć, żebym mogła wrócić do domu (oprócz bielizny :])
Dobra już nie będę więcej przynudzać, oto kolejna notka, o którą tak prosiliście...
P.S. Za niedługo (jak tylko dorwę się do kompa w biurze moich starszych) zmienię trochę wygląd bloga, tzn. pojawią się nowe szabloniki (mam już dwa gotowe, na stronę główną i archiwum), avatar, button, (jak się uda) kursor i chyba tylko muzyczka zostanie, bo ja ją wprost uwielbiam (!!!) I jeszcze jedna zmiana, ale to już w tej notce, która raczej będzie na stałe... ale nie zdradze co, może sami się zorientujecie i napiszcie co o tym myślicie...

===============================

Nadeszły walentynki, na które wszyscy czekali zniecierpliwieni. Hermionie także udzielił się nastrój i prawie zapomniała o swojej stytuacji.
Wcześniej nie widoczne pary wyszły z ukrycia i chodziły przez cały dzień po korytarzach trzymając się za ręce i czule patrząc sobie w oczy.
Po południu jednak połowa z nich (czyt. dziewczyny) zniknęło w swoich dormitoriach, aby móc się przygotować do balu, który miał się odbyć wieczorem.
Hermiona i Dracon zeszli do Sali Wejściowej, w której było już mnustwo ludzi (uczniów i nauczycieli :]). Stanęli w kolejce prowadzącej do Wielkiej Sali, która na razie była krótka. Zajęli stolik z numerem 121, a zaraz potem tańczyli na parkiecie.
- Muszę iść do łazienki - oznajmiła w pewnym momencie.
Wychodząc z Wielkiej Sali natknęła się na Pansy i jej przyjaciółki, które jak zwykle rzucały w nią wyzwiskami.
Chciała wyjść z łazienki, kiedy usłyszała jakiś hałas na korytarzu. Uchyliła lekko drzwi, lecz nikogo nie zobaczyła, więc wyszła i ruszyła w stronę Wielkiej Sali, ale nie zdążyła zrobić więcej niż 5 kroków, jak poczuła, że ktoś ją walnął, potem ostry ból głowy, a później już nic nie czuła.

***

- Nie widziałyście Hermiony? - Draco zapytał Parvati i Lavender.
- Nie, a co? - zapytała Patil.
- Poszła do łazienki jakieś pół godziny temu i do tej pory nie wróciła - odparł.
- Może źle się poczuła i poszła do pokoju - mruknęła bez przekonania Brown.
- Może widzieli ją Harry i Ron - zaproponowała Parvati.
- Zapytajcie się ich, ja idę ją szukać dalej - stwierdził i odszedł.
Wyszedł z Wielkiej Sali i skierował się w stronę łazienek. Pochodnie dawały mało światła, więc ledwo widział gdzie idzie. W pewnej chwili zauważył zarys postaci leżącej jakieś 5 stóp dalej od niego. Serce mu mocniej zabiło, kiedy pomyślał, że to może być Hermiona. Podbiegł do tej osoby i odwrócił ją na plecy.
Zobaczył zakrwawioną twarz Hermiony, miała rozciętą wargę oraz pełno zadrapań i siniaków na rękach i twarzy. Zaraz potem zauważył, że naokoło niej też jest pełno krwi. Niewiele myśląc wziął ją na ręce i pobiegł do Skrzydła Szpitalnego.
- Co jej się stało? - zapytała z przerażeniem pani Pomfrey na widok dziewczyny.
- Nie wiem... Tak ją znalazłem w lochach, niedaleko łazienki - odpowiedział kładąc ją na łóżku.
- Straciła bardzo dużo krwi - pielęgniarka mruczała do siebie chodząc tam i spowrotem, po wszystkich szafkach szukała jakichś eliksirów lub zaklęć, które mogłyby pomóc. - Aha, panie Malfoy, proszę wyjść...
- Ale...
- Natychmiast! I tak nic pan tu nie pomoże. Dobranoc.

***

- Co się stało? Znalazłeś ją? - przy wejściu na Wielką Salę złapały go Lavender i Parvati, a trochę dalej stali Harry i Ron.
- Tak... znalazłem ją - odparł nieprzytomnie.
- Uff... całe szczęście - odetchnęły z ulgą.
- A gdzie ona jest? - zapytała Patil.
- W... w... skrzydle - odpowiedział.
- Co ona tam robi? - wykrzyknęła Brown.
- Yyy... ktoś chyba ją pobił... była cała we krwi... - cały czas się jąkał.
- Idziemy! - krzyknął Harry.
- Pomfrey was nie wpuści, jak wyszedłem to zamknęła drzwi na klucz i znając ją wpuści tylko ciężko rannego - mruknął Draco.
- Ale wie, że jesteśmy jej przyjaciółmi - odezwał się Ron.
- Że ja jestem jej chłopakiem też wie! Ja już lepiej pójde...
Odwrócił się i odszedł.
- To jak? Idziemy? - Harry wrócił do tematu.
- Słyszałeś, że nas nie wpuści... - zaczęła Lavender.
- Jego - przerwał jej Potter - nie wpuściła, nas może wpuści.
- Ale czemu miałaby nas wpuścić, a jego nie? - Parvati.
- Może mu nie ufa - Harry nie popuszczał.
- Bredzisz! Czemu miałaby mu nie ufać?
- Ja myślę, że... - odezwał się Ron, a Harry popatrzył na niego błagalnie - myślę, że Parvati i Lavender mają rację. A poza tym ona pewnie jest nieprzytomna i w ogóle Pomfrey pewnie się wkurzy jak my tam pójdziemy. Chodźmy lepiej do wieży, a jutro z samego rana do niej pójdziemy.
- No dobra - Harry dał za wygraną.
Wszyscy razem poszli do wieży, a potem do swoich sypialni, choć i tak żadne z nich nie umiało zasnąć.

***

Lecz tej nocy nie tylko oni nie umieli zasnąć. Draco chodził tam i spowrotem po wszystkich pokojach. Usiadł na chwilę, aby zaraz potem znowu krążyć wokół kanapy. Żałował, że nie ma teraz nic mocniejszego (alkocholowego) do picia, miał nadzieję, że to by mu pomogło uspokoić się chociaż na chwilę, ale nie miał... W końcu opadł ze zmęczenia na fotel, przy którym akurat przystanął, a zaraz potem udało mu się na zasnąć.

***

- Dzień dobry - do Skrzydła Szpitalnego wpadła grupa 5-osobowa.
- Dzień dobry. Co wy tu robicie? Jest was za dużo! - próbowała ich zatrzymać pani Pomfrey.
- Co z Hermioną? Żyje?
- Tak, żyje... ale...
- Ale co?! - przerwał jej Draco.
- O-ona poroniła - odpowiedziała drżącym głosem.
- Jest teraz przytomna?
- Tak.
- Mogę iść sam? - Draco zapytał resztę.
- Nie ma sprawy - Parvati i Lavender odpowiedziały równocześnie.
- Zostawmy ich samych - mruknęła Parvati.
- Hermi... - podszedł do jej łóżka - dobrze, że żyjesz...
- Nie! Czy ty nie rozumiesz?!
- Czego?
- Ja już nie mam po co żyć!
- Ale czemu? - w jego oczach pojawiło się przerażenie.
- Możliwe, że już nigdy nie będę miała dzici!
- Ale...
- Co to za życie?! Patrzeć na innych jak wychowują swoje dzieci, ale samemu nie móć!
Łzy spływały po jej bladych policzkach kreśląc na nich ścieżki.
- Przecież to nie jest przesądzone...
- Ależ jest... bo jeżeli nawet zaszłam bym w ciąże, to bardzo trudno byłoby ją utrzymać!
- Proszę, nie myśl tak!
- A jak mam myśleć?! Mam być szczęśliwa?!
- Nie, ale...
- Wiesz co?! Tak sobie myślę, że to nie ma sensu...
- Co?
- Nie możemy być już dłużej razem.
- Ale czemu?
- Bo to nie ma sensu! Proszę cię... idź już... chcę być sama, całkowicie!
- Przyjdę wieczorem.
- Nie przychodź!
- Jak sobie chcesz.
- Aha... powiedz Dumbledor'owi, żeby przniósł nasze rzeczy do naszych dormitoriów, przynajmniej moje.
- Dobra, to teraz my idziemy - stwierdził Ron na widok zmierzającego w ich kierunku Dracona.
- Ona nie chce się z nikim teraz widzieć.
- Ta... na pewno - mruknął Harry i poszli do niej.
- Malfoy wam nie powiedział, że nie chcę nikogo widzieć?! - warknęła na ich widok.
- Malfoy?
- Idźcie stąd!
- Dobra, idziemy... tylko sie nie denerwój.
- Hej, co się dzieje? Czemu mówi na niego Malfoy? Co jej się stało? - zaczęli się zastanawiać kiedy wyszli ze skrzydła.
- Nie wiem, ale coś mi się tu nie podoba...

***

- Draco, co się stało? - zapytała Lavender.
- Kiedy?
- Dzisiaj, między tobą i Hermioną.
- Stwierdziła, że to nie ma sensu i... zerwaliśmy - odparł obojętnym tonem. - Zaraz idę do Dumbledor'a, żeby przeniósł nasze rzeczy do naszych pokoi.
- Ale czemu zerwaliście?
- Jeśli chcesz wiedzieć dokładnie to zapytaj się Granger... podobno znowu po nazwisku mówi do mnie, to co będę się wyróżniał - syknął.
- Ja nic nie rozumiem...
- Rozumuj sobie sama, bo ja nie mam czasu na takie bzdety.
- Co jest z wami?! Tak nagle ze sobą zrywacie?! A co z dzieckiem?!
- Jakim dzieckiem?! Aha, wy jeszcze nie wiecie... przez to pobicie poroniła. Mam już dość tego przesłuchania, jeśli chcesz coś wiedzieć zapytaj się Granger - warknął.
Na chwilę odwróćiła głowę, a kiedy spojrzała spowrotem, już go nie było. Weszła do Wielkiej Sali i usiadła przy stole, gdzie już czekała na nią Parvati.
- Gdzie ty tak długo byłaś? - zapytała ją, jak tylko usiadła.
- Spotkałam Draca.
- I co? Mówił coś?
- Mówił... że zerwali - odparła.
- Że co? - zakrztusiła się akurat wypitym sokiem dyniowym.
- Kiedy?
- Wtedy... w skrzydle, podobno stwierdziłą, że to nie ma sensu i...
- I co?
- Ona poroniła...
- O kurde, to musiało ją dobić... wiem, że nie była specjalnie szczęśliwa, jak się dowiedziała, że jest w ciąży, ale w końcu się do tej myśli przyzwyczaiła...
- Przecież wiem.
- Ciekawe jak to się wszystko potoczy...
- Co się ma toczyć? - obok nich usiedli Ginny, Harry i Ron.
Popatrzyły na siebie.
- Nic - powiedziały równocześnie i nałożyły sobie na talerz ziemniaki i jakieś sałatki wegetariańskie.
- No mówcie co się dzieje. My też chcemy być w temacie! - zaprotestowała Ginny.
- Nic się nie dzieje... przynajmniej nic co by was dotyczyło - odpowiedziała Lavender.
- Idziemy po południu do Hermiony? - Harry postanowił zmienić temat.
- Dobra - odpowiedzieli mu chórkiem.

***

- Siemanko! Jak się czujesz? - zawołali jak tylko weszli do środka.
- Dobrze. Przepraszam, że was tak dzisiaj rano potraktowałam, ale nie byłam sobą...
- Możecie nas zostawić same? - Parvati zwróciła się do Harry'ego i Rona.
- Ah te kobiety - oboje pokręcili głowami. - Przyjdziemy do ciebie wieczorem, bo pewnie macie dużo do obgadania.
- Czemu zerwałaś z Draciem? - zaczęła Lavender.
- Eh, sama nie wiem... nawet nie pamiętam co mu powiedziałam... wiem tylko, że odszedł z niezbyt zadowoloną miną... Co ja narobiłam? - z jej oczu popłynęły łzy. - Czy ja zgupiałam?
- Nie martw się... wszystko się jakoś ułoży - Parvati objęła ją ramieniem.
- Wy nic nie rozumiecie! On jest zbyt dumny, aby wrócić tak po prostu, kiedy ja go tak potraktowałam!
- To dlaczego to zrobiłaś?
- Sama nie wiem... Ja nie panowałam nad tym co robię i co mówię.

===========================

I NA KONIEC MAŁE OGŁOSZENIE... NIECH KAŻDY DO KOGO DAWNO NIE ZAGLĄDAŁAM I NIE KOMENTOWAŁAM NOTEK POWIADOMI MNIE O TYM! PONIEWAŻ JA NIE JESTEM W STANIE WSZYSTKIEGO ZAPAMIĘTAĆ PROSZĘ O TO. DZIĘKUJE KAŻDEMU KTO TO PRZECZYTAŁ.

komentarze [46]





Tytuł : 26.Wieść się rozchodzi
Data : środa, 22 czerwca 2005
Godzina : 17:14:59
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [63]


Dziękuje ci Agatko (www.agaciorka.mylog.pl)!!! Dla nie wtajemniczonych: Agata dzisiaj (dosłownie przed chwilą) powiadomiła mnie czymś co mną wstrząsnęło!!! A dokładnie, o plagiacie, którego się dopuściła jedna z onetowiczek http://draco-and-hermi.blog.onet.pl , już napisałam co o tym myślę... mam nadzieję, że pomożecie mi ją zmusić aby to usunęła, ale i tak ma czas tylko do piątku (dzisiaj jest środa), więc...
Tym czasem zapraszam do przeczytanie tej oto noteczki :p

=================================

No, ja to za bardzo komu nie miałem powiedzieć, że się przeprowadzam... no dobra jest kilka takich osób, np. mój kuzyn Alex, Sam i reszta imprezowej ekipy, tak to to nikt. Z Crabe'em i Goyl'em już się nie zadaję, bo oni tak jak ich rodzice będą służyli Czarnemu Panu, a ja będę po przeciwnej stronie, więc co tu dużo gadać...

***

Razem z ekipą szliśmy akurat na śniadanie.
- Wiecie co... muszę wam coś powiedzieć - zacząłem, a oni popatrzyli na mnie zdziwieni. - Będę ojcem - wypaliłem.
Zapadła cisza, a po chwili wszyscy parsknęli śmiechem.
- Ty sobie z nas żartujesz... już nie raz nas na to wkręcałeś - zaśmiał się Alex.
- Ale nie tym razem - odpowiedziałem.
- Czyli to jest prawda? - wytrzeszczyła oczy Alise.
- Yhm... - kiwnąłem głową.
- Ale jak? Przecież ty nigdy nie zapomniałeś się zabezpieczyć... - Katie nie umiała powstrzymać śmiechu.
- No widzisz, czasem nawet mistrz popełnia błąd - Kuba miał jak zwykle niezłą polewkę.
- Wy to macie powody do śmiechu... - pokręciłem głową.
- Żebyś wiedział - odrzekła Saly.
- Te ktoś tu płacze - Robert zaczął się rozglądać. - Słyszecie?
- Twoje dziecko - zaśmiała się Alise.
- No wiesz, ja nie mam dziecka, które wygląda jak Mops - wzkazał na niedaleko nas idącą Parkinson.
- Kurde... a czemu ta znowu płacze... ona mnie już wkurza, na szczęście za niedługo, a dokładnie za tydzień będę widywał ją tylko na lekcjach... dzięki Bogu - powiedziałem, a oni znowu popatrzyli na mnie zdziwieni.
- Jak to? To gdzie ty będziesz mieszkał? - zapytał Alex.
- Jeszcze nie wiem gdzie, ale wiem, że się wyprowadzam... - odpowiedziałem.
- Ty to masz dobrze... - westchnęła Saly.
- Dobrze? Zapomniałaś o czymś... - przypomniałem jej.
- Och, pomijając ten szczegół... - mruknęła.
- Nie wiem czy to taki szczegół, ale niech ci będzie - powiedziałem.
- Hej, ale użądzicie jakąś imprezkę? - zapytał Kuba.
- Nie wiem czy się uda... - mruknąłem.
- Ale taką malutką, cichutką - nalegał dalej.
- Zobaczymy później - odparłem. - Zresztą to też zależy od Hermiony.
- Też fakt - pokiwał głową. - Ale ona na pewno się zgodzi! - dodał z entuzjazmem.
- Dowiesz się jak ją zapytasz.
Weszliśmy do Wielkiej Sali i usiedliśmy na naszym miejscu, Hermi nie było... pewnie poszła po lekarstwa do pielęgniarki.
- Co, szukasz Hermiony? - zaśmiała się Alise, która usiadła na przeciwko mnie.
- Nie, ona jest teraz u pielęgniarki - odpowiedziałem.
- Po co? - zapytała Saly, która sidała obok niej.
- Musi brać jakieś lekarstwa - mruknąłem.
- Na co? - tym razem to był Robert.
- Na anemię - odpowiedziałem.
- Oj... nie zazdroszczę jej, moja ciotka też miała anemię i była w ciąży - powiedziała Katie.
- I co u niej? - zapytał Alex.
- Nie żyje - odpowiedziała smutnym głosem.
Wytrzeszczyłem oczy ze strachu, mam nadzieję, że Hermi nie podzieli jej losu.
- Ale w ogóle była sama i nie miał jej kto pomóc, jej mąż opuścił ją jak tylko dowiedział się, że ona jest wciąży. Wpadła w depresję, z której ledwo co wyszła, umarła kiedy była w 7 miesiącu - ciągnęła jeszcze smutniejszym tonem.
- 'Ciekawe, czy Hermi komuś już powiedziała o ciąży' - zacząłem się zastanawiać.
Zjedliśmy i udaliśmy się w strnę sali z transmutacji, którą mamy z gryffonami. Staliśmy pod klasą, kiedy podeszli do nas Potter i Weasley.
- Czego? - warknąłem.
- Wiesz co... jak ty śmiesz?! - warknął Potter.
- O co ci chodzi? - popatrzyłem na niego zdziwiony.
- O co chodzi?! Zrobiłeś dziecko Hermionie i teraz pewnie ją zostawisz - krzyknął na cały głos Potter, a przechodzący tamtendy uczniowie patrzyli na niego jak na wariata, ale też przy okazji otrzymałem odpowiedź na moje pytanie.
- Żeby była jasność... chyba nie muszę cię prosić o pozwolenie, czy mogę się przespać z Hermioną, a po drugie to jej nie zostawię! - krzyknąłem, ale o wiele ciszej od niego i nikt nie patrzył się na mnie tak jak na niego.
Zauważyłem, że stojący obok mnie Kuba ledwo powstrzymywał się od parsknięcia śmiechu, zresztą jak zwykle, ale nigdy mu to nie wychodzi, więc byłem przygotowany, że zachwilę zacznie się śmiać jak opentany, ale tego nie zrobił, spojrzałem na niego zdziwiony, a on stał spokojnie i nawt się cicho nie zaśmiał, ani drgnął.
- Kuba, ty jesteś chory - zaśmiała się Alise.
Pokiwał przecząco głową.
- Jeszcze nigdy nie widziałam, aby mu się udało powstrzymać od śmiechu - stwierdziła Saly.
- Może byś coś powiedział? - odezwał się Sam.
Znowu pokiwał przecząco głową.
- Czemu? - zapytał Alex.
Wzruszył tylko ramionami.
- A widzieliście go kiedyś milczącego, jak ktoś pyta go o coś? - zachichotała Katie.
Kuba nagle zrobił się strasznie siny na twarzy, źrenice pomniejszyły się strasznie, choć było dosyć ciemno w korytarzu.
- Te, co mu jest? - popatrzeliśmy po sobie.
- Trzeba go zanieść do skrzydła szpitalnego - krzyknąłem, w samą porę, bo gdy tylko do niego podeszliśmy (tj. ja i Robert) zemdlał. - Niech ktoś powie McGonagall, jak się spóźnimy, że zanieśliśmy go do skrzydła.
- Co mu się stało? - zapytała przerażona Pomfrey, gdy go dotaszczyliśmy i położyliśmy na jednym z łóżek.
- Nie wiem, nagle zrobił się strasznie siny, a potem zemdlał i od razu go tu przynieśliśmy - odpowiedziałem.
- Dobra, ja się nim zajmę, a wy idźcie na lekcje - zaczęła nas wyganiać.
- No dobra, idziemy - odpowiedział Robet i poszliśmy na transmutację.
McGonagall już przyszła i jak tylko weszliśmy do klasy zaczęła się wypytywać co z nim.
- Pani Pomfrey się nim zajęła - odpowiedziałem i usiadłem obok Hermiony z tyłu klasy. - Hej, jak się czujesz? - zapytałęm ją.
- Spoko.
- Już wiem, że powiedziałaś o wszystkim Potter'owi i Weasley'owi.
- A ja wiem, że ty wiesz... - zaśmiała się - słyszałam jak się wydzierał dwa piętra wyżej. Ci co mnie znali patrzyli się na mnie jak na kosmitkę.
- No wiesz... nie codziennie można się dowiedzieć, że do tej pory najlepsza uczennica Hogwartu jest w ciąży - uśmiechnąłem się do niej.
- No, ale bez przesady... nie musi od razu dowiedzieć się o tym cała szkoła.
- Nie musi, ale chyba już za późno...
- Co to za gadanie na mojej lekcji?! - warknęła McGonagall, która najwyraźniej przyglądała nam się dłuższą chwilę.
- Już nie gadamy - odparłem.
- W ogóle nie powinniście gadać! A teraz prosze mi powiedzieć, panie Malfoy, jakie zaklęcie zmienia dowolny przedmiot w mysz?
- Yyy... nie wiem - odpowiedziałem niepewnie, czekając aż odejmie mi punkty.
- Właśnie przed chwilą o nim mówiłam... tym razem nie odejmę ci punktów - ale szok (!) - ale następnym razem na to nie licz - powiedziała i ciągnęła dalej wykład na temat tego zaklęcia.
- Czego ona się tak czepia... - mruknąłem kiedy się odwróciła tyłem do klasy, bo coś zapisywała na tablicy.
- Bo ja wiem... ale ciesz się, że nie odjęła ci punktów - odpowiedziała.

***

Po transmutacji mieliśmy jeszcze 5 lekcji (zaklęcia, zielarstwo i OPCM), a zaraz po nich całą ekipą udaliśmy się do SS, zobaczyć co z Kubą.
- Co mu jest? - zapytałem, kiedy weszliśmy do sali.
- Nie wiem, bo jeszcze się nie obudził - odpowiedziała Pomfrey, po czym udała się do swojego gabinetu.
Usiedliśmy obok jego łóżka czekając aż się obudzi i gdyby nie to, że było czuć puls i oddychał można by go wziąść za martwego, był całkowicie blady, a jego ręce strasznie zimne jak u trupa. Prawie w ogóle się nie odzywaliśmy się do siebie, bo nie było tematów do rozmowy. Wokół nas panowała cisza, tylko co jakiś czas przerywana pobrzękiwaniem muchy pod sufitem, a po głowie chodziły wspomnienia przyjacila, który zawsze umiał każdego rozbawić do łez, ale czemu to wwszystko jest w czasie przeszłym... wiem, że robię się strasznie sentymentalny, ale moja wina, że takie słowa i myśli przychodzą do głowy.
- Proszę już stąd wyjść! - z gabinetu wyszła Pomfrey, a powiedziała to tonem nie znoszącym sprzeciwu i nie mieliśmy innego wyboru jak wyjść...
- Ciekawe co mu się stało? - zagadnął Robert, kiedy szliśmy korytarzami do PW.
- Przecież to stało się tak nagle, najpierw ledwo wytrzymywał ze śmiechu, uspokoił się i wylądował w skrzydle... nie sądzicie, że to trochę dziwne - przemówiła Alise.
- No tak, ale co z tego? To i tak nie pomoże mu, takie rozmyślanie co jest dziwne, a co nie - z oczu Katie popłynęła najpierw jedna, a potem cała lawina łez.
- Nie płacz... - podeszła do niej Alise i objęła ją.
Katie i Kuba byli parą od... trudno powiedzieć, choć byli ze sobą nie przeszkadzało to im, aby flirtować, całować się z innymi, dlatego chyba nikt nie wiedział nawet oni sami ile są już razem, ale byli na pewno. Czasem jak się pokłócili ona leciała z płaczem do Alise i Saly, a on na gadane do nas, ale nie żeby się od razu wypłakiwać... dobra nie będę dalej o tym pisać, bo już pewnie macie tego dość, takich opisów rodem z tych babskich książek itp.
Przez całą drogę do PW Katie płakała, a Alise i Saly próbowały ją uspokoić, ale na nic to się zdawało, bo ona jeszcze głośniej ryczała, więc dały sobie z tym spokój i tylko ją przytulały. Później one poszł do swojego pokoju (dziewczyny mają razem pokoje, za co im spółczuje bo muszą znosić towarzystwo Mopsa).

***

Następnego dnia za namową Katie wsyscy razem po śniadaniu poszliśmy do skrzydła szpitalnego.
- Gdzie jest Kuba? - zapytała Katie rozglądając się po pomieszczeniu, ale na żadnym z łóżek go nie było.
- On... on... on... - po raz pierwszy widziałem Pomfrey tak roztrzęsioną i... płaczącą (!) - on... on... on... - dalej się jąkała co mogło oznaczać tylko jedno...
- Niech to pani wreszcie z siebie wydusi! - krzyknęła Katie.
- On... umarł w nocy... j-jego r-rodz-dzice j-już w-wzięli j-jego z-zwłoki... - odparła dalej płacząc.
- T-to nie możliwe! N-nie, to nie p-prawda! - protestowała Katie, jakby to mogło go wskrzesić.
- Niestety... - mruknęła słabym głosem Pomfrey.
Z twarzy Katie odpłynęły wszystkie kolory, że sama wyglądała jak trup. Wszyscy spojrzliśmy na nią z przerażeniem, bo zaczęła się kiwać na wszystkie strony świata, a po chwili... w samą porę Alise i Saly ją złapały, bo zemdlała, położyły ją na najbliższym łóżku.
- Idźcie na lekcje, ja się nią zajmę - stwierdziła Pomfrey, opamiętując się i przyjmując swój zwykły, surowy wyraz twarzy.
- Co mu się mogło stać, że tak nagle zemdlał? - zastanawiał się na głos Alex.
- Przecież jeszcze sekundkę przed tym jak zemdlał, pękał ze śmiechu - mruknęła Saly.
Wyszliśmy na błona, na których mieliśmy mieć ONMS (Opieka Nad Magocznymi Stworzeniami) z 'wielkim...' - tak go teraz określa większość uczniów (poza gryffonami).

***

Po wszystkich lekcjach:
- My idziemy do Katie! - zakomunikowały dziewczyny. - Idziecie z nami? - zapytała Saly.
- Nie, ja się umówiłem z Hermioną - odpowiedziałem.
Akurat jedliśmy obiad w WS. Robert, Sam i Alex poszli z dziewczynami, a one obrzuciły mnie karcącym spojrzeniem, którym było widać, że mnie oskarżają, że wolę się spotkać ze swoją dziewczyną niż zobaczyć co z przyjaciółką (chyba jasne, że ważniejsza jest dziewczyna... w ciąży na dodatek). Mam nadzieję, że nie ędą mi robiły o to wyżutów do końca życia.
Zauważyłem, że Hermiona wstaje od stołu, więc i ja to zrobiełem, do drzwi z WS doszliśmy niemal w tym samym momencie.
- Cześć! - przywitała się wesoło, ostatnio jest w dobrym humorze...
- Cześć! - odpowiedziałem, ale już nie tak wesoło jak ona.
- Co się stało? - zapytała.
I teraz nastąpił dylemat... powiedzieć jej czy nie, choć to trochę dziwne, że nic nie wie, bo przecież była po lekarstwa u Pomfrey, a moż nie zwróciła na to uwagi.
- Nie wiesz? - postanowiłem się upewnić.
- Co mam wiedzieć? - popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Kuba nie żyje - wypaliłem, a ona wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Ż-że j-jak...
- Umarł dziś w nocy z nie wyjaśnionych przyczyn - odparłem.
- O Boże - pisnęła.
- A co u ciebie? - postanowiłem zmienić temat.
- No... hmm... nie radze ci się zbliżać do jakiegokolwiek starszego lub w swoim wieku gryffona - zachichotała.
- Czemu?
- Yyy... wiesz Harry i Ron okazali się takimi paplami, że ci co jeszcze nie wiedzieli to się dowiedzieli i... jakby to powiedzieć... delikatnie mówiąc chcą ci spuścić łomot - oboje zaczęliśmy się śmiać.
- Tak powiedzieli? - spytałem, a ona kiwnęła głową. - Tylko, jak będę chodził na lekcję, które mamy razem, bo przcież nie mogę się na każdą spóźniać - zaśmiałem się, a ona razem ze mną.
- No nie wiem...

***

- Nigdy się domyślisz co nam powiedziała Katie, jak wychodziliśmy od niej... - mruknęła Alise, kiedy wrócili z SS, a ja sobie spokojnie siedziałem (sam) przed kominkiem w PW.
- Co? - spytałem, ale nie byłem tym zbyt zainteresowany.
- Ona... jest w ciąży! Z Kubą! - wykrzyknęła Saly.
- A z kim innym miała by być, flirtować to ona flirtowała z innymi, ale z tego co mi wiadomo nie spała z nikim innym... - odparłem dalej z brakiem zaiteresowania, a one popatrzyły siię na mnie jakoś dziwne.
- Ale zgadnij, w którym miesiącu! - odezwała się Alise.
- A skąd ja mam to wiedzieć? - spytałem.
- W 2! - krzyknęła Saly.
Robert, Alex i Sam siedzieli cicho, a wszyscy co byli w PW patrzyli się na nas jak na wariatów.
- Ktoś jeszcze o tym wie? - zapytałem, a po ich minach było widać, że mają satysfakcję, że chociaż trochę zaiteresowania okazałem...
- Nie - odezwał się Alex.
- Ale ja mam co do tego pewne watpliwości - zaprotestował i gestem pokazał abyśmy się rozejrzeli po pokoju... rzeczywiście, wszyscy się na nas gapili w milczeniu i przysłuchiwali naszej rozmowie.
Wystarczyło mi jedno rozglądnięcie się, aby dostać całkowitej pewności, że czas się ulotnić do swojego pokoju. Oni zrobili to samo z tą różnicą, że nie poszli do mojego tylko do swoich pokoi.

komentarze [63]





Tytuł : 25.Tajemnica rodzinna. O krok od śmierci...
Data : piątek, 10 czerwca 2005
Godzina : 17:42:06
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [26]


Teraz już wiem, że zanim wstawię notkę to muszę ją przynajmniej jeszcze raz przeczytać. Zauważyłam to, gdy zabrałam się do pisania tej notki... ile tam było literówek i takich drobnych błędów.
Dziękuję za docenienie mojej wyobraźni i nie czepianie się wyżej wspomnianych błędów. Dziękuję tym wszystkim 120 osobom, które dodały mnie do ulubionych i proszę wszystkich, aby wpadli na moją stronkę www.dodatki-tami.mylog.pl oraz www.ocenki-tami.mylog.pl, które niedawno założyłam.
Dobra, dość tego przynudania, oto następna notka, którą dedykuję wszystkim, którzy mnie odwiedzają i czytają moją twórczość...

==============================

- Hermiono, obudź się!
- Ja chcę spać - mruknęłam i odwróciłam się na drugą stronę.
- Wstawaj! - natręt nie dawał za wygraną.
- Co jest?! - otworzyłąm oczy, nade mną stał Zachariasz.
- Jest 10:30 - odpowiedział.
Natychmiastowo się rozbudziłam.
- Że co?! Czemu mnie wcześniej nie obudziłeś?
- No wiesz, próbowałem - zaśmiał się - ale spałaś jak zabita...
Rozejrzałam się po całej sali, mój zwrok przyciągnęło puste łóżku na przeciwko mojego, w którym jeszcze wczoraj leżała Cho.
- Gdzie ona jest? - zapytałam.
- Kto?
- Cho!
- A... ona, jakiś czas ją stąd wzięli - mruknął.
- Czemu?
- Coś dziwnego zaczęło się z nią dziać... zaczęła się cała trząść, a potem przemówiła jakimś dziwnym głosem: 'Czarny Pan jest blisko zobędzie to, czego od tak dawna próbuje zdobyć...'; ale nie powiedziała o co chodzi - odparł.
Wytrzeszczyłam oczy ze zdiwienia.
- Ale... ale co to mogłoby być? - zapytałam.
- Bo ja wiem... Dobra, pośpiesz się, bo zaraz tu będzie moja kochana siostrzyczka - uśmiechnął się.
- Możesz wyjść?
- No dobra - wyszedł z sali, a ja szybko się przebrałam w normalne ciuchy. - Mogę już wejść?
- Wchodź - odpowiedziałam.
- Daj ja to spakuję... Pakuj - machnął różdżką w stronę moich rzeczy, których i tak nie miałam zbyt dużo.
- Dzięki.
Jakoś się tak dziwnie zbliżył, nie wiem z jakim zamiarem, ale był w niebezpiecznej odległości, a raczej bliskości, poczułam się tak jakoś dziwnie, sparaliżowało mnie, ale w tym momencie do sali weszła Tonks.
- Siem... ka - powiedziała zatrzymując się w drzwiach. - ZACHARIASZ! - wydarła się na cał głos. - My sobie później pogadamy! - warknęła w jego stronę. - Jesteś już spakowana? - zwróciła się do mnie już o wiele spokojniej.
- Tak - wskazałam na plecak leżący na moim łóżku.
- Dobra, idziemy. Mamy jeszcze 2 minuty - wziełą torbę i wyszła, a ja za nią, a Zachariasz gdzieś znikął.
Weszłyśmy do jakiegoś pokoju, na środku którego stał jakiś stary but.
- Jeszcze mamy trochę czasu - mruknęła. - Co tam się stało, w sali? - zapytała nagle.
- Nic - odpowiedziałam.
- Na pewno - kiwnęłam głową. - Ja nie wiem co mu zrobię... - westchnęła.
- Czemu?
- Hmm, bo on taki jest...
- Jaki? - dopytywałam.
- Odbija dziewczyny innym, a potem... po kilku dniach nawet, je rzuca - odpowiedziała, a mnie już chyba po raz 3 zamurowało.
- Jak to?
- Myślisz, że po co tak się przybliżył - spojrzała na mnie wymownie.
- Aha - mruknęłam.
- Dobra, złap się - złapałam but i już po chwili wylądowałyśmy w gabinecie Dumbledora.
- Dzień dobry! - przywitał się jak zwykle z uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry, profesorze! - odpowiedziałyśmy obie.
- Przyszedłeś w samą porę - powiedział Dumbledor, odwróciłąm się przy drzwiach stał Draco.
- Dzień dobry, profesorze! - powiedział i stanął obok mnie.
- Tobie już dziękuję Tonks, chciałbym z nimi porozmawiać na osobności - zwrócił się do Tonks, która miała dzisiaj wściekło zielone włosy.
- Rozumiem - i już jej nie było.
- No więc chciałbym zacząć od tego, że złamaliście jeden z pnktów regulaminu, co prawda nigdy o nim nie przypominamy, ale widać żle zrobiliśmy... Mam na myśli współżycie między dwoma uczniami przeciwnej płci - mówił to z taką miną i takim tonem, że w normalnych warunkach parskęłabym tam śmiechem, no ale przecież nie wypada... - Niedość, że go złamaliście, to jeszcze się odpowiednio nie zabezpieczyliście - ciągnął - no i wyszły z tego pewne komplikacje, chodzi mi tu przede wszystkim o ciążę pani Granger - jak te 'pani Granger' dziwnie zabrzmiało...
Zrobił pauzę i zaczął się nam przyglądać, zastanawiając się nad czymś.
- Jestem pewny... - zaczął po dłuższej chwili - przynajmniej tak mi się wydaje, że będzisz chciała urodzić to dziecko - zwrócił się do mnie, a ja kiwnęłam głową. - Tak jak myślałem - mruknął do siebie. - I razem wychowywać to dziecko? - spojrzeliśmy na siebie prozumiewawczo i oboje kiwnęliśmy głową. - I kontynuować naukę? - zadał kolejne pytanie i znowu kiwnęliśmy głowami. - No właśnie... pomyślałem sobie, żebyście od przyszłego roku szkolnego zamieszkali w specjalnym pokoju, będziecie też mieli specjalny plan lekcji, bo z normalnym nie dałoby się pogodzić waszych nowych obowiązków.
- To wszystko? - mruknęłam cicho.
- Jest jeszcze jedna sprawa, kiedy macie zamiar powiadomić o wszystkim swoich rodziców? - zapytał... o tym nie pomyśleliśmy.
- Ja moim nic nie powiem - prychnął Draco.
- Draco, twój ojciec jest jaki jest, ale chyba może wiedzieć, że zostanie dziadkiem... - powiedział Dumbledor.
- Nie musi - odparł.
- Nie rozumiesz, że Hermiona wczoraj o mało nie zginęła - powiedział ostrzej dyrektor.
- Że co?! - Draco zmrugał kilkakronie, a potem spojrzał na mnie.
- No tak... ktoś nas powiadomił, że jest jakieś zamieszanie w św. Mungu, a na miejscu okazało się, że byli tam śmierciożercy... w tym twój ojciec, którego schwytaliśmy.
- Ale... ale... - jąkał się.
- To jak, powiesz im? - zapytał ponownie Dumbledor.
- Chyba będę musiał - mruknął.
- Postaraj się to zrobić jak najszybciej. A ty? - zwrócił się do mnie.
- Będę musiała powiedzić - mruknęłam. - Ale jeszcze nie teraz... Oni są strasznie staroświeccy i nie wiem jak na to zareagują...
- Ale będziesz musiała im to powiedzić zanim zobaczą cię w... 6 miesiącu.
- Wiem... tylko jak i kiedy - pojedyncza łaza spłynęła po moim policzku.
Pamiętam co było z moją sistrą... miała tyle samo lat co ja kiedy rodzice się dowiedzieli, że zaszła w ciąże to kazali jej te dziecko usunąć lub wynieść się z domu. Wybrała to drugie i do dzisiaj nie mamy z nią kontaktu, a rodzice w ogóle o niej nie mówią i zabraniają mi mówić o niej komukolwiek. Nikt o tym nie wie, bo od razu po tym zdarzeniu razem z rodzicami przeprowadziłam się do Londynu i żaden z naszych znajomych w ogóle nie wie o jej istnieniu, jak ktoś zobaczył w dowodzie mamy imię mojej siostry kłamała, że... umarła, czy o mnie też tak będzie mówiła? Czy będę dla niej trupem już za życia?
Spojżałam w stronę okna, za którym gęsto sypał śnieg. Westchnęłam...

***

Ciemność, daleko widzę tylko słabe światełko. Co się dzieje, gdzie ja jestem? Mimo wolnie zaczęłam podążać w stronę, gdzie zauważyłam jasność. Szłam, szłam, ale w ogóle nie zbliżałam się do celu.
- To jeszcze nie czas na ciebie - usłyszałam jakiś głos.
Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Szłam dalej...
- Stój! - znowu ten głos, na rozkaz którego nagle się zaczymałam - Mówiłęm, że to jeszcze nie pora na ciebie, a ty nie słuchasz - warknął - No chyba, że tak bardzo tego chcesz
- Czego? - zapytałam.
- Śmerci - zaśmiał się okrutnie.
- Nie chcę! - chciałam krzyknął, ale tylko cicho mruknęłam. - Gdzie jesteś? - zapytałam. - Gdzie ja jestem?
- Na pierwsze pytanie ci nie odpowiem, bo i tak nie zrozumiesz... No, a ty jesteś tutaj
- Czyli?!
- Za dużo chcesz wiedzieć, ale dobrze odpowiem... To właśnie tędy każy idzie w stronę śmierci, jedni dochodzą, a inni mają na tyle silną wolę życia, że wracają do swojego ciała - odpowiedział.
- Możesz się pokazać?
- Nie! Nikt nie może mnie widziec, a ty i tak już dużo się dowiedziałaś... jako jedyna
- Jako jedyna? - zdziwłam się.
- Jako jedyna ze mną rozmawiałaś... Nie licząc 4 wielkich magów, którzy na to zasługiwali jak nikt inny
- Mówisz o założycielach Hogwrtu?
- Oczywiście
- Co im mówiłeś?
- Każdemu z nich dałem jakąś radę, kiedy przeżyli coś podobnego do ciebie
- Śmierć kliniczną?
- Można tak to ująć
- Jeżeli oprócz mnie tylko z nimi rozmawiałeś to dlaczego właśnie ja? Przecież oni byli wielcy, a ja jestem przecież tylko zwykłą uczennicą Hogwartu...
- Nie taką zwykłą... masz coś czego nie mają inni
- Co to takiego?
- Nie wiem czy mogę ci powiedzieć - powiedział tajemniczo.
- To po co zaczynałeś?
- Sama zaczęłaś - zaśmiał się.
- To powiesz w końcu?
- Hmm... niech będzie, chodzi o...


- Hermiono! Błagam nie umieraj...
- Co się dzieje? - zapytałm nieprzytomnie.
- Skoczyłaś z okna i prawie się zabiłaś...
Leżałam na łóżku w skrzydle szpitalnych, naokoło mojego łóżka stała mała grupka ludzi, w której byli Harry i Ron w strojach treningowych, Patka i Lavender, Dumbledor, McGonagall i Pomfrey, no i Draco, który siedział obok łóżka na krześle i mnie przytulał.
- Co? - zapytałam zdziwiona podnosząc się, kiedy sens tych słów do mnie dotarł.
- Leż - podeszła do mnie pani Pomfrey podając mi taką samą fiolkę, jaką dawała mi pielęgniarka w szpitalu.
- Ale jak...? - zapytałam po przełknięciu eliksiru.
- No już leciałaś w duł, ale na szczęscie Potter i Weasley mieli wtedy trening quidditcha, no i cię złapali... - odpowiedział, był jeszcze bledszy niż zwykle.
- Możecie wszyscy wyjść, chciałbym porozmawiać z panią Granger na osbności - odezwał się Dumbledor.
- Pani? - zdziwiła się Patka, czy ona musiała się tego uczepić...
- Oh, przepraszam za pomyłkę... panną Granger - uśmiechnął się do niej, a mi puścił oczko.
- Nie powiedziałaś im jeszcze? - zapytał.
- Nie i nie śpieszy mi się do tego... - mruknęłam.
- A teraz porozmawiajmy o tym co miało miejsce dzisiaj w południe? - Czy pamiętasz coś w ogóle z tego co się tutaj działo? - zapytał.
- Nie... ale byłam w jakimś dziwnym miejscu - opowiedziałam mu wszystko co działo się w TAMTYM miejscu i co mówiła ta dziwna postać. - Kto to jest?
- Zizandr.
- Co?
- Duch życia i śmierci, to on decyduje kto, gdzie i kiedy umiera... Każdy o nim słyszał, lecz nikt nie widział i nie słyszał, oprócz ciebie i tak jak on sam powiedział 4 założycieli Hogwartu. Ciekawe co jest w tobie takiego, że postanowił z tobą porozmawiać... to nielada zaszczyt. Miejmy też nadzieję, że nie wiedzą co to takiego śmierciożercy i ich Pan.
- A co mogłoby się wtedy stać? - zapytałam.
- Lepiej o tym nie myśleć... Ale sądząc po tym, że przedwczoraj chcieli cię zabić to ne wiedzą.
- Mam nadzieję... - mruknęłam.
Wstał i podszedł do drzwi.
- Aha, żebym nie zapomniał... ty i Draco zostaniecie przeniesieni jeszcze w tym roku szkolnym, lepiej zrobić to wcześniej. Przekaż mu to - powiedział i wyszedł.
- Co mówił? - kilka minut po wyjściu dyrektora przyszedł Draco.
- Że jeszcze w tym roku szkolnym przeniesie nas do tego pokoju - odpowiedziałam.
- Aha...
Nie pytał o nic więcej, i dobrze bo nie miałam siły opowiadać jeszcze raz to co się stało. Siedzieliśmy tak w milczniu. Znowu przypomniała mi się moja siostra i wiem, że jeżeli mi rodzice dali taki sam wybór wybrałabym to samo co ona...
- Draco, muszę ci coś powiedzieć - nagle poczułam potrzebę opowiedzenia komuś o mojej siostrze. - Wiesz, ja kiedyś miałam siostre... to znaczy dalej mam, ale nie wiem gdzie ona jest, czy w ogółe żyje.
- Nigdy o niej nie mówiłaś.
- Bo widzisz... ona była w podobnej sytuacji co ja... to znaczy była w ciąży. Moi rodzice kazali jej wybrać, że albo dziecko... usunie, albo wynosi się z domu i... i... ona wybrała to drugie. Zaraz po tym zdarzeniu przeprowadziliśmy się do Londynu, a rodzice urwali wszelkie kontakty ze swoimi przyjaciółmi... aby nikt się nie dowiedział, że miałam kiedykolwiek siostrę, a oni drugą córkę... kiedy ktoś widział w jej dowodzie, że ma dwie córki kłamie, że... że ona... nie żyje, ojciec tak samo robi... kiedyś próbowałam się z nią skontaktować... ale na nic, kiedy moi rodzice się o tym dowiedzieli... delikatnie mówiąc nie byli zadowoleni... a ja za nią tak tęsknię - lawina łez spływała po moich policzkach, Draco mnie objął, a ja wypłakiwałam się w jego bluzę... - Miała na imię Victoria i była w naszym wieku... - szlochałam.
- Nie płacz... na pewno ją znajdziesz - pocieszał mnie.

***

Później Draco poszedł, bo miał stosy pracy domowej, którą zadali nam nauczyciele na święta. No ja też nie mam ich zrobionych, ale Dumbledor mnie z nich zwolnił u każdego nauczyciela, Draca nie mógł, bo na jakiej podstawie...
- Dobry wieczór! - podeszła do mnie Pomfrey i podała mi fiolkę, taką samą jak wcześniej. - Dostałam dzisiaj paczkę i list ze św. Munga, w którym podali mi informacje o twoim stanie zrodrowia, były też tam zawarte leki, które musisz dostawać codziennie.
- A przez ile będę musiała je brać? - zapytałąm.
- Nie wiem, jak będą uważali lekarze... ja jestem tylko pielęgniarką i nie decyduję o takich sprawach - odpowiedziała.
- Mam nadzieję, że nie za długo - jęknęłam.
- Oh, nie narzekaj... znam gorsze rzeczy - uśmiechnęła się po czym wyszła.

***

- Obudź się - kurde, już nigdzie nie można spokojnie pospać...
- Co znowu? - jęknęłam, nie otwierając oczu.
- Lekarstwa - nede mną stała pilęgniarka z małą fiolką i jeszcze jakimiś tabletkami, których wcześniej dostawałam.
- No dobra - mruknęłam, połknęłam wszystko i położyłam się spowrotem, ale już nie umiałam zasnąć.
Spojrzałam na zegarek leżący na szafce obok mojego łóżka, była 9h rano w poniedziałek.
- Kiedy będę mogła wyjść? - zapytałam.
- Dzisiaj wieczorem - odparła i poszła do swojego gabinetu.
- Nareszcie!

***

- Siemka - weszłam do Wielkiej Sali i usiadłam obok moich przyjaciół.
- Już wyszłaś! Fajnie - zawołał Ron.
- No... - odezwał się Harry.
Od czasu gdy usłyszałam rozmowę dwóch śmierciożerców nie umiałam mu spojrzeć w oczy, jakoś tak dziwnie się czułam w jego towarzystwie.
- Hermi, a co się w ogóle stało, bo nikt nam nie chce powiedzieć... - zapytała Lavi.
- Ja sama nie wiem, dowiadywałam się od innych - odpowiedziałam.
- No to powiedz to co wiesz... - nalegała Patka.
- Podobno chciałam wyskoczyć przez okno z gabinetu Dumbledora, ale na szczęście Harry i Ron mieli wtedy trening i to zauważyli jakimś cudem... bo pamiętam, że pogoda nie była najpiękniejsza... - mruknęłam.
- Widzisz, jaki mamy dobry wzrok - wyszczerzył się Ron.
Nareszcie zjadłam jakąś pożądną kolację, bo to czym mnie karmili w szpitalu i w skrzydle to po prostu... eh, szkoda gadać. A poza tym teraz muszę jejść jak za dwóch, hmm, ale nie mogę tak za bardzo tego eksponować, żeby nikt się nie domyślił.
- Hermi, czekaj! - usłyszałam, kiedy razem z Parvati i Lavender wychodziłyśmy z WS, odwróciłam się w moją stronę biegł Draco.
- Cześć - uśmiechnęłam się na jego widok... dzisiaj się jeszcze nie widzieliśmy. 'Małe' buzi na przywitanie.
- Dumbledor powiedział, że mamy się do niego zgłosić po kolacji, czyli teraz - powiedział, a dziewczyny popatrzyły na mnie zdziwione. - Widziałem jak wychodził, więc już chyba jest w swoim gabinecie.
- No dobra - odpowiedziałam, a dziewczyny patrzyły na mnie pytająco. - Wytłumaczę wam jak wrócę od dyrektora - powiedziałam i razem z Drac'iem udaliśmy się w stronę gabinetu Dumbledora.
- Dobry wieczór! - przywitaliśmy się wchodząc.
- Dobry wieczór! - odpowiedział. - Usiądźcie - wskazał na dwa krzesła stojące na przeciwko niego.
Usiedliśmy i czekaliśmy aż coś powie, ale on milczał kilka chwil i dopiero przemówił.
- Tak jak mówiłem już wczoraj, że wasze przeniesienie nastąpi wcześniej. Wiem, że mówiłem, że dopiero w przyszłym roku szkolnym, ale jeżeli taka sytuacja jaka miała miejsce wczoraj się powtórzy, życie pani Granger jest w niebezpieczeństwie, a wolałbym, żeby do tego nie doszło - powiedział i zamilkł na chwilę przyglądając się nam.
- A kiedy to będzie? - zapytał Draco.
- Za tydzień - odrzekł dyrektor. - Trzba najpierw przygotować pokój, meble i tym podobne.
- Aha - mruknęłam. - A co my mamy powiedzieć innym?
- Prawde, lepiej ją wyjawić wcześniej niż za późno... - odparł Dumbledor.
- Ale jak? Co powiedzą?
- Jeśli to są prawdziwi przyjaciele nie opuszczą was - powiedział. - Możecie już iść...
- Dowidzenia!
- Dowidzenia!
- Niestety ja już muszę lecieć... muszę się dowiedzieć co dzisiaj robili na lekcjach i w ogóle, jutro się zobaczymy - powiedziałam, gdy wyszliśmy zza chimery.
- No, a ja mam jeszcze dużo zadania domowego - mruknął Draco.
- To pa - pocałowaliśmy się na pożegnanie i pobiegłam do wieży, prosto do swojego dormitorium, w którym czekały na mnie przyjaciółki.
- Miałaś nam coś powiedziś - powiedziała Patka.
- Dobra, jak już zaczęłam to wam powiem, a więc... jajestemwciąży - wydusiałam jednym tchem.
- Powtórz - mruknęła niepewnym głosem Patka.
- Jajestemwciąży - wydusiałam tak samo jak poprzednio.
- Czy ja dobrze zrozumiałam... ty jesteś w ciąży? - upewniła się Lavender.
- Yhm... - kiwnęłam głową.
- Ale... ale jak? - mruknęła z niedowierzaniem Pati.
- No, a jak się robi dzieci? - 'spytałam'.
- No, ale jak to się stało?
- Zapomnieliśmy się zabezpieczyć - odpowiedziałam. - Jest jeszcze coś... - zaczęłam.
- Co? - zapytały z przerażeniem.
- Za tydzień się wyprowadzam... - powiedziałam.
- Czemu?
- Dyrektor stwierdził, że tak będzie lepiej.
Na szczęście długo o tym nie gadałyśmy, bo już nie miałam siły odpowiadać na kolejne pytania. Teraz trzeba to powiedzieć chłopakom, tylko jak?

***

Następnego dnia na śniadaniu.
- Siemka! - obok mnie usiedli Harry i Ron.
- Siemka! - odpowiedziałam, a oni jakoś dziwnie popatrzyli na mój talerz, na któym była, hmm... 'mała' mieszanka smaków, a mianowicie... jajecznica, jedna kromka z nutellą, druga z dżemem, trzecia z kiełbasą, musztardą i ketchupem.
- Hermi, co ty masz na talerzu? - zapytał Harry.
- Yyy... jedzenie - odpowiedziałam jak gdyby nigdy nic.
- Ty jesz jakbyś była w ciąży - zaśmiał się Ron, a ja się zakrztusiłam sokiem dyniowym, który właśnie piłam. - Te co ci jest, ja tylko żartowałem przecież...
- Ale twój żart nie mija się z prawdą... - powiedziałam i oboje jeżeli wcześniej ich miny wyrażały zdziwienie to teraz już nie wiem co...
- Ty... ty... mówisz poważnie - zapytał Harry.
- Yhm... - kiwnęłam głową, a on chyba jakimś cudem nie zemndlał, bo miał minę jakby się miał zaraz przewrócić, Ron wyglądał tylko trochę lepiej.
- A z kim? - zapytał Harry.
- No, a jak myślisz?! Jak możesz o to pytać?! - krzyknęłam, bo z tym pytaniem to przesadził.
- Wiesz co... ja się muszę trochę przewietrzyć - mruknął słabo Harry.
- Ja też - przytaknął Ron.
Oboje wyszli z WS z minami jakby ich piorun poraził. No, ale cóż... trzeba było im to powiedzieć.
Po śniadniu poszłam do pielęgniarki wziąść lekarstwa, a potem na lekcje. Przez resztę dnia chłopaki chyba mnie unikali, bo widywałam ich tylko na lekcjach, a na przerwie zawsze gdzieś znikali, a po lekcjach tak samo...

komentarze [26]





Tytuł : 24.Miłość i śmierć
Data : środa, 1 czerwca 2005
Godzina : 14:02:36
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [28]


Tę notkę dedykuję tym 109 osobom, które dodały mnie do ulubinych, a nie będę ich wymieniać z oczywistych względów... heh.

==============================

- My? - popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Coś ty myślała?! Że zostawię cię samą z... naszym dzieckiem - powiedział i przytulił mnie mocno.
Jak to dziwnie brzmiało... 'nasze dziecko' - moje i Draca. Tak pięknie, a jednak tak strasznie. Mając 17 lat będziemy zmieniać pieluchy, nie kończąc szkoły, kiedy inni będą się bawić, to była ta gorsza strona medalu. Ta druga strona... będziemy połączeni czymś więcej niż uczuciem, nie chodzi tu o same dziecko, ale o więź, której nie da się określić.
- Nie wiem... - mruknęłam.
- Jak mogłaś tak nawet pomyśleć?! - wzruszyłam ramionami.
Patrzyłam nieprzytomnym wzrokiem w jakiś bliżej nieokreślony punkt na suficie, rozmyślając o swojej przyszłości, jak to wszystko będzie wyglądać... ja, Draco i nasze dziecko.
- Dobrze, proszę już stąd iść! - do sali weszła pielęgniarka i Draco musiał już iść.
Prawie od razu po jego wyjściu zasnęłam.

***

Wokół mnie pełno krwi, całe nogi mam we krwi, choć nie jestem ranna (...) Płaczę... ale dlaczego?

Obudziłam się cała spocona, rozejrzałam się, dalej byłam w sali numer 12 na czwartym piętrze w szpitalu św. Munga. Mimowolnie dotknęłam swojego brzucha... tam właśnie rozwija się nowe życie, dziecko. Poczułam się tak jakoś dziwnie szczęśliwa, nawet sama nie wiem czemu. Spojrzałam za okno, było widać, że jest jeszcze bardzo późno, więc położyłam się i już po chwili znowu spałam.

***

- Dzień dobry księżniczko - dostałam buziaka od mojego księcia, który siedział obok mnie. - Jak się spało?
- Dobrze, całą noc smacznie spałam - skłamałam. - A ty?
- Eh, szkoda gadać... bywało lepiej - zaśmiał się. - A teraz jedz, bo mi się dostanie od pielęgniarki, że cię nie dopilnowałem.
Usiadłam i postawił przede mną mały stoliczek, na którym stała miska z zupą mleczną.
- Uważaj... bo się jeszcze przyzwyczję, że codziennie śniadanie do łóżka będę dostawała - zaśmiałam się.
- W szkole raczej trudno będzie to załatwić, bo mieszkamy w innych domach...
- A teraz lekarstwa - do sali weszła pielęgniarka, podała mi fiolkę z eliksirem, który szybko wypiłam. - No, ładnie... jak tak dalej pójdzie to szybko pani stąd wyjdzie - uśmiechnęła się i wyszła.
- Co u Harry'ego i Rona? - zapytałam.
- Chcieli iść do ciebie razem ze mną, ale matka Weasley'a im nie pozwoliła... - odpowiedział trochę się krzywiąc. - Możemy o nich nie gadać, bo jeszcze powiem to co nie trzeba o nich...
- No dobra. To o czym będziemy gadać?
- Kto tu powiedział, że musimy rozmawiać? - uśmiechnął się i pocałował mnie za czym poszła cała lawina pocałunków.
Przestaliśmy dopiero, kiedy usłyszeliśmy głośny rechot z korytarza, w którym rozpoznałam Freda i George'a, którzy jak zwykle robią sobie jajca ze wszystkiego.
- Siemka Hermi! - przywitali się.
- Cześć! - odpowiedziałam.
Spojrzeli krzywo na Draca, zresztą on też nie ukrywał niezadowolenia z ich widoku. Kilka minut upłynęło w śmiertelnej ciszy, że było aż słychaś muchę latającą pod sufitem.
- Może usiądziecie - zaproponowałam, przerywając tę okropnął ciszę.
- Jasne - wzięli po krześle i usiedli obok mojego łóżka.
- Harry i Ron też chcieli przyjść, ale nasza matka wysłała ich po zakupy i kazała się śpieszyć, więc nie mogli wpaść do ciebie - odezwał się Fred.
- Skąd wiecie? - zapytałam.
- Na zakupach byli na Pokątnej, no i tam ich spotkaliśmy - odpowiedział George.
- A co wy tu robicie skoro pracujecie?
- Zrobiliśmy sobie wolne, ale tylko na godzinkę, bo dłużej nie da rady... - uśmiechnął się Fred.
- Wiesz jaki jest ruch w czasie świąt... niektórych towrów to nam po jednym dniu brakuje - dokończył za niego George.
- No to widzę, że macie tam niezły ruch.
Jeszcze trochę pogadaliśmy, ale zaraz musieli lecieć, a i tak się trochę zasiedzieli.
- Nareszcie sobie poszli - mruknął Draco.
- Czemu?
- Przecież wiesz, że my... hmm... delikatnie ujmując to się nie lubimy.
- Ale spróbuj się z nimi... może nie zaprzyjaźnić, bo wiem, że to nie jest, przynajmniej na razie, możliwe, ale jakoś normalnie rozmawiać - nalegałam.
- Spróbuję, ale niczego nie obiecuję.
- Dzięki - pocałowałam go w policzek.
- Tylko tyle? - zapytał zawiedzionym głosem.
- Przecież wiesz, że nie mogę się przemęczać - zaśmiałam się. - Chodź tu do mnie - pokazałam mu, żeby położył się obok mnie.
Położył się obok mnie i zaczął czule całowac po moim brzuchu.
- A mi buzi nie dasz? - zaśmiałam się.
- A chcesz? - zaśmiał się i pocałowliśmy się.

***

- Obiad - do sali weszła pielęgniarka. - Najpierw to zjedz, a potem wypij ten eliksir - na tacce postawiła małą fiolkę.
- Znowu... - jęknęłam.
- Chyba chce pani wyjść jak najwcześniej? - zapytała i spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.
- No jasne! - odpowiedziałam. - A czy mogę wyjść później do kawiarni?
- Hmm... no dobrze, ale nie na długo - powiedziała - ale najpierw to zjedz i wypij - wyszła.
- Wreszcie wyjdę z tych czterech ścian - westchnęłam z ulgą.
- Będę się cieszyć, kiedy w ogóle stąd wyjdziesz - odparł Draco.
- Też fakt... tylko kiedy to będzie.
- Wcinaj.
Szybko zjadłam obiad, przełknęłam eliksir, posiedzieliśmy jeszcze trochę w sali i poszliśmy do kawiarni.
- Czego państwo sobie życzą? - zapytała kelnerka, wyciągając notesik.
- Cappucino - zażyczyłam sobie.
- A dla pana? - zapytała.
- Niech będzie to samo - odpowiedział - i może jeszcze... szarlotka.
Po chwili na naszym stoliku pojawiło się nasze zamówienie.
- Mm... pyszne - mruknęłam, upijając cappucino.
- No... - przyznał Draco.
- Ty sobie siedzisz w kawiarni, a my ciebie szukamy po całym szpitalu - do pomieszczenia weszły Parvati i Lavender.
- Siemanko dziewczyny - przywitałam się z nimi. - A co wy tu robicie?
- Przyszłyśmy cię odwiedzić, nie widać - zaśmiała się Patka.
- Ale jak?
- Dumbledor dał nam świstkoklika - odpowiedziała Lavi.
- Mamy czas do 17:30, czyli 2,5h - powiedziała Pati.
- No, a co tam słychać u was? - zapytałam.
- Eh, same nudy - odparły.

***

Wygadałyśmy się, a w tym czasie, widać było, że Draco strsznie się nudził. No ale póżniej musiały wracać do szkoły, ponieważ nie mogły się spóźnić ani sekundy.
- Masz w planie jeszcze kogoś? - zapytał, kiedy sobie poszły.
- Nie, ale może ktoś ma mnie w planie - zaśmiałam się.
- No, ja... i mam nadzieję, że nikt więcej, bo nie chciałbym użyć przeciwko tej osoby siły, żeby sobie stąd poszła - odparł uśmiechając się.

***

Sylwester.
- Dosiego roku! - przed półnoocą do sali weszła cała wielka grupa ludzi mimo sprzeciwów pielęgniarki.
- Dosiego - odkrzyknęłam.
- Proszę się zachowywać ciszej, ponieważ będę zmuszona was stąd wyrzucić - do sali wbiegła pielęgniarka. - To jest szpital!
- Dobrze, będziemy się cicho zachowywać - odparł ktoś z tego małego tłumiku.
- Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! - podchodziły do mnie kolejne osoby.
- Masz szampana - Ron wręczył mi kieliszek szampana, którego w szybko wypiłam.
- Nie za szybko... w twoim stanie - szepnął mi na ucho Draco.
- W jakim stanie? - zapytał się Harry, któy stał dwa kroki od nas.
- Hermi ma anemię, jakbyś zapomniał - odparł Draco niezbyt przyjemnym tonem.
- Aha... - mruknął Harry i odszedł.
Odetchnęłam z ulgą, że Harry nie domyślił się o co chodzi i to łyknął. Powiedział też kilku osobom, że nie mają mnie już częstować alkoholem, co mnie nawet trochę rozśmieszyło, poniważ sam był nieźle wcięty. Ale w końcu będzie trzeba nie tylko jemu, ale i reszcie o tym powiedzieć, bo przecież nie da się tego ukrywać do końca życia, ale na razie wolę z tym poczekać.
- A teraz buzi na Nowy Rok! - podszedł do mnie Ron, który nie należał do najtrzeźwiejszych.
- Mi też! - podszedł Harry.
- Dostać to ty możesz ode mnie w zęby - mruknął Draco, który siedział obok mnie i chyba wydawało mu się, że tego nie słyszę.
Każdemu dałam każdemu buzi w policzek i na szczęście nie chcieli nic więcej, usiedli na którymś łóżku bredząc coś od rzeczy.
- Dobra, my już musimy iść - powiedziała pani Weasley.
- Ale czemu? Zostajemy - protestował Harry.
- Nie, już musimy iść - powiedziała.
Pozbierali się, a Ron i Harry ociągali się jak się da. To jeden musiał iść do toalety, to drugi i tak w kółko.
Jak tylko poszli opadłam ze zmęczenia na poduszkę i zasnęłam.

***

Dwa dni później.
- Dzień dobry! - do sali weszła pielęgniarka, która już od około tygodnia się mną zajmowała.
- Dzień dobry - odpowiedziałam, to był akurat moment z tych nielicznych, kiedy nikogo u mnie nie było, bo do szkoły już musieli jechać, a inni znowu do pracy.
- Po raz pierwszy chyba widzę, żebu pani nikogo nie było - powiedziała.
- Jakoś się tak złożyło - mruknęłam.
- Mam dla pani wspaniałą wiadomość - zaczęła. - Już jutro będzie pani mogła opuścić szpital.
- Nareszcie! - ucieszyłam się.
- Ale będzie pani musiała dalej brać lekarstwo u pielęgniarki, przynajmniej dwa razy dziennie - kontynuowała.
- Eh, to i tak lepsze od siedzenia non stop w jednym pokoju - mruknęłam.
- Musi pani pamiętać, że nie może pani zapomnieć ani razu o wzięciu lekarstw, ponieważ może to źle wpłynąć na organizm i źle się skończyć.
- Dobrze, nie zapomnę - odparłam.

***

Leżałam na łóżku myśląc o byle czym, strasznie mi się nudziło, bez nikogo przy boku. Często na myśl mi przychodziło jakie będzie to nasze dziecko, czy to będzie chłopczyk, a może dziewczynka.
- Uważaj! - usłyszałam krzyk z korytarza.
Po chwili drzwi sali, w której dotychczas leżałam sama otwarły się i dwie pielęgniarki wniosły jakąś dziewczynę.
Położyły ją na przeciwko mnie i wyszły. Podeszłam do tej dziewczyny. Stałam tuż przy jej łóżku, przez kilka pierwszych sekund nie umiałam jej rozpoznać i dopiero po chwili do mnie dotarło, że to jest Cho Chang. Była strasznie blada, oczy miała na wpół otwarte, a w nich było widać strach, ale co mogło się jej stać.
- Możesz się tak nie wlec?! - usłyszałam jak ktoś się zbliża do drzwi, więc szybko wskoczyłam do swojego łóżka.
- Ale mnie już wszystko boli - z korytarza dobiegł drugi głos.
- Nie marudź, tylko wchodź do środka - weszły te same pielęgniarki, które ją wprowadziły.
- Pobierz jej krew, a ja sprawdzę puls - powiedziała, któraś z nich.
Wszystko trwało jakieś 5 minut, po czym wyszły.
- Dobry wieczór - do sali wkroczyła 'moja' pilęgniarka.
- Dobry wieczór - odpowiedziałam.
- Jak się czujesz? - zapytała, co mnie bardzo zdziwiło, ponieważ cały czas mówiła mi na 'pani' i tylko czasem się zdarzyło, że powiedziała mi na 'ty'.
- Dobrze. Co się jej stało? - zapytałam wskazując na łóżko, w którym leżała Cho.
- Ktoś ją napadł, podejrzewa się, że byli to śmierciożercy, ale jeszcze nic nie wiadomo - odparła. - Ona jest z rodziny mugolskiej? - zapytała.
- Nie, ona pochodzi z rodziny czarodzieji od kilku pokoleń.
- To dziwne... - mruknęła do siebie.
- Co dziwne? - zapytałam.
- Nic, nic - powiedziała i wyszła.
- Gdzie ja jestem? - odezwała się Cho.
- W św.Mungu, na czwartym piętrze w sali numer 12 - wyjaśniłam.
- A jak się tu znalazłam? - zapytała.
- Nie wiem, ale podobno ktoś ciebie napadł - odparłam.
- Nic nie pamiętam - jęknęła.
- Może wezwać jakąś pielęgniarkę? - zaproponowałam.
- A możesz? - zapytałas słabym głosem.
- Jasne! - odpowiedziałam i poszłam do gabinetu pielęgniarki.
- Ta dziewczyna, Cho Chang, obudziła się - powiedziałam.
- Dziękuję, zaraz do was przyjdę - odpowiedziała.
Po drodze do sali zachaczyłam o łazienkę, a wychodząc z niej usłyszałam czyjeś głosy.
- Trzeba było się bardziej postarać - warknął ten pierwszy... to chyba był Lucjusz Malfoy.
- Eh, to nie moja wina, że ktoś się zjawił - odparła ta druga osoba, prawdopodobnie to był Glizdogon.
- I co, że ktoś się zjawił - warknął Malfoy.
- Przecież na razie mamy działać dyskretnie - odpowiedział Petigrew.
- Kretynie, przecierz i tak wiedzą, że działamy, to po co mamy się ukrywać?!
- Bo Czarny Pan tak każe - usłyszałam jak ktoś otwiera drzwi, wychyliłąm się i zobaczyłam pielęgniarkę... i jak ją ostrzec.
Niestety w porównaniu z nimi zbyt wolno myślałam, bo po chwili, do tej pory ciemny korytarz, rozświetliło zielone światło, a w głowie chuczały dwa mordercze słowa Avada kedavra, a po chwili odgłos upadającego ciała... martwego ciała.
- 'Co będzie jak się dowiedzą, że tu jestem?' - pomyślałam przerażona, a w dodatku zbliżali się do miejsca, w którym stałam i nawet najmniejszego kroczku nie byłam w stanie zrobić.
- Co tu się... - ktoś nie zdążył dokończyć nawet tego zdani, bo po raz kolejny przez mrok przebiło się zielone światło.
- Idziemy stąd, za dużo trupów, a miał być tylko jeden! - warknął Glizdogon. - Czarny Pan będzie wściekły.
- Będzie wściekły, że jej nie zabiliśmy - odpowiedział Malfoy.
- Ile jest warta taka mała szlama? - zapytał ironicznie Petigrew.
- Wiem nawet dla ilu osób bardzo dużo...
- Na przykład?
- Dla mojego syna... a głównie chodzi tu o Harry'ego Pottera, zaraz po tym głupim Black'u najwięcej.
- Jak to najwięcej?
- Eh, Czarny Pan ci nic nie mówił... on ją kocha - zaśmiał się okrutnie, ale ja nie zwracałam na to uwagi, bo po głowie chodziły mi te trzy ostatnie słowa. Kiedyś się w nim kochałam, ale on wtedy wolał Cho i nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.
- Ale jak kocha? - zapytał Glizdogon.
- Nie jak zwykłą przyjaciółkę, ale jak kogoś więcej, jest bliska jego sercu... i to bardzo.
- Ale ona kocha twojego syna... zresztą z wzajemnością.
- No właśnie... i to trzeba zniszczyć - krzyknął ze złością Malfoy.
Już nie skupiałam się na tym co mówią, modliłam się tylko, aby przeżyć. Nagle usłyszałam jak oboje padają prawie pod moimi nogami, ale na szczęście jeszcze mnie nie widzieli. Wychyliłam się zza ściany, za którą stałam, na końcu korytarza stali Lupin, Tonks i jeszcze jeden członek zakonu, którego nie znałam, a Glizdogon i Malfoy leżeli związani i się szamotali.
- Co wam to da, jeżeli i tak Azkaban jest nasz? - zaśmiał się szyderczo Malfoy.
- Mamy inne sposoby - odpowiedział tajemniczo Lupin i widocznie zacieśnił sznury, ponieważ Malfoy jęknął.
- Pożałujecie - odgrażał się Glizdogon.
- Hermiono, idź do swojej sali, a my zaraz do ciebie przyjdziemy - krzyknęła Tonks i dopiero teraz obaj śmierciożercy zauważyli moją obecność.
- Ty mała szlamo - warknął Malfoy plując mi pod nogi.
- Oj, nie ładnie - zacmokał ten trzeci. - Przeproś! - warknął. - Crucio!, jak wy nam, tak my wam - wszyscy zniknęli.
Poszłam do swojej sali i położyłam się na łóżku.
- I co przyjdzie ta pielęgniarka - jęknęła Cho, o której całkowicie zapomniała.
- Zaraz powinna przyjść - skłamałam, bo przecież przed chwilą została zabita.
Poł godziny później drzwi się otwarły, a w nich stanęły trzy postacie, a mianowicie Lupin, Tonks i ktoś trzeci.
- Cześć! - przywitali się.
- Siemka - odpowiedziałam.
- Jestem Zachariasz, brat Nimfa... - odezwał się około dwudziestoletni chłopak, który był całkiem przystojny.
- Nie nazywaj mnie Nimfadorą - warknęła Tonks.
- Przecież nie dałaś mi nawet dokończyć - odpowiedział w przeciwieństwie do niej całkowicie spokojnie. - Jak chcesz, to możesz mi mówić po imieniu - zwrócił się do mnie.
- Musimy wyjść - Tonks wskazała głową na Cho.
- No dobra - ubrałam szlafrok i poszliśmy do kawiarni.
- No więc, jak już pewnie zauważyłaś chcą cię zabić, aby zranić kilka osób - zaczął Lupin, gdy usiedliśmy przy jednym ze stolików, a mi się przypomniało co powiedział Lucjusz Malfoy. - Jutro, jak będziesz wracała do szkoły, wybierzesz się tam świstoklikiem z Tonks - wskazał na Nimfadorę. - Jakimś cudem dowiedzieli się o rzeczach, o których nie mieli się dowiedzieć i przez to mamy pewne problemy.
- A o której mam być gotowa? - zapytałam.
- Równo o 11.
- To wszystko?
- Tak.
Odprowadzili mnie pod salę.
- Albo wiesz co... może tu zostaniesz Zachariaszu - zaproponował Lupin.
- Niech będzie - odpowiedział.
- No to my lecimy, a jutro rano tu przybędę po ciebie - powiedziała Tonks.
- No dobra - mruknęłam.
- A tak swoją drogą... to gratulacje - szpnęła mi na ucho Tonks i puściła mi oczko.
- Czego jej gratulujesz? - zapytał Zachariasz, który stał obok nas.
- Nie twoja sprawa - warknęła i razem z Lupinem deportowali się.
- Co tu się stało?! - razem z Zachariaszem wychyliliśmy się prze drzwi.
Na środku korytarza stała pielęgniarka i patrzyła to na jednego, to na drugiego trupa.
- Ups! - mruknął Zachariasz.
- Niech pani tu przyjdzie, dziewczyna, którą dzisiaj przyprowadziły jakieś dwie pilęgniarki obudziła się jakiś czas temu - zawołałam do niej.
- Dobrze, zaraz przyjdę - odpowiedziała.
- Ile ona ma lat? - zapytał Zachariasz.
- 18 - odpowiedziałam.
- Czyli chodzi do ostatniej klasy... - kiwnęłam głową. - Ma chłopaka?
- Nie jestem pewna, ale przynajmniej jeszcze do niedawna chodziła z moim przyjacielem - odpowiedziałam.
- Mam nadzieję, że nie - mruknął.
- A co? Podoba ci się? - zachichotałam.
- Nawet...
- A ty masz chłopaka? - zapytał.
- Tak

============================

I jak wam się podoba najdłuższa notka? Mam nadzieję, że baardzo. Wpadnijcie na www.dodatki-tami.mylog.pl , gdzie zamieszczam swoje dodatki i zaniedługo będą także szablony tylko musze rozgryść jak je umieścić na inetrii. Aha... następna notka nie wiem kiedy się pojawi, bo nawet jej nie zaczęłam pisać, ale już w głowie mam mniej więcej wszystko ułożone...

komentarze [28]





Tytuł : 23.Ciąża i anemia
Data : środa, 25 maja 2005
Godzina : 15:31:07
Od autorki: Puki co to życzę tylko przyjemnego czytania ;)
Komentarze : komentarze [37]


Poszedłem do swojego pokoju i zacząłem się zastanawiać kto to mógł być.
- Może to był jakiś śmierciożerca? - mruknąłem do siebie.
Ale czemu uciekł nic nie wskurawszy...
Moje rozmyślania przerwało pukanie do okna, za którym na parapecie siedziała brązowo-ruda sowa, wpuśviłem ją do środka i od razu wystawiła nużkę do której był przywiązany list.

Proszę się wstawić w moim gabinecie. Hasło: 'Czekoladowe żaby'.
Dyrektor Albus Dumbledor


Sowy już nie było. Spojrzałem na zegar, była 22:30, a z Hermioną rozeszliśmy się o 22:00.
- 'Ciekawe po co tak późno mam iść do dyrektora' - pomyślałem.
Idąc korytarzami spotkałem tylko Patil i Brawn, który szły do wieży Gryffindoru. Później już nikogo nie spotkałem. Stanąłem przed kamienną chimerą i podałem jej hasło po czym odsunęła się na bok.
- Dobry wieczór - przywitałem się wchodząc do gabinetu, ale nikogo w nim nie było. - 'To po co mnie tu wzywał' - pomyślałem i już miałem wychodzić, kiedy moją uwagę przyciągnął feniks, który śpiewał jakąś pięknął melodię.
- Piękna, prawda? - za moimi plecami stał Dumbledor.
- Yhm... - mruknąłem wyrywając się z transu.
- Może usiądziesz? - zaproponował wskazując na krzesło, po czym usiadł na przeciwko.
- O czym pan chce ze mną rozmawiać? - zapytałem.
- Sprawa, w której cię wezwałem jest bardzo skomplikowana - zaczął. - A żeby ją tobie przedstawić musiałem mieć całkowitą pewność, że jesteś po naszej stronie - spojrzałem na niego zdziwiony nie rozumiejąc o co mu chodzi, ale on kontynuował dalej swoją wypowiedź. - Pamiętasz jak powiedziałem ci pod koniec wakacji po twojej kłutni z ojcem, że będę chciał abyś do nas przyłączył? - kiwnąłem głową.
Dobrze pamiętam tę rozmowę... Dzień wcześniej dostałem od niego sowę z prośbą o spotkanie, a także czasie i miejscu tego spotkania. Ciekawy o co chodzi poszedłem na nią. Opowiadał mi o jakimś stowarzyszeniu przeciwko Czarnemu Panu, powiedział co oni tam robią itp. Wtedy nie byłem, po której stronie stanę i czy w ogóle stanę po którejś.
- Chcę się ciebie zapytać, czy się zdecydowałeś? - zapytał.
- Chcę - odpowiedziałem.
- Ale wiesz, że to jest ostateczna decyzja?
- Wiem.
- Będzie trzeba o tym powiedzieć reszcie...
- A dokładnie? - zapytałem.
- Przede wszystkim Harry'emu, Ronowi i Hermionie.
- Coś mi się wydaje, że Potter i Weasley nie będą zachwyceni - mruknąłem.
- Jak wrócą to się wezwę was do siebie - powiedział. - Prosze - podał mi jakąś karteczkę.

Kwatera Główna Zakonu Feniksa znajduje się w Londynie na Grimmauld Place 12

- Zapamiętałeś? - kwnąłem głową, po czym wziął ją ode mnie i wrzucił do kominka. - Nikt spoza Zakonu nie może wiediecieć gdzie się ona znajduje.
- Aha - mruknąłem. - Coś jeszcze?
- Nie, to wszystko co chciałem ci powiedzieć.
- Dobra noc! - powiedziałem i wyszedłem.
Spojrzałem na zegarek, była już północ. Poszedłem szybko do PW Slytherinu, w którym oczywiście nikogo nie było. Usiadłem sobie przed kominkiem. I nawet nie zauważyłem jak czas minął, bo kiedy znowu spojrzałem na zegarek było już po 3h nad ranem. Udałem się do swojej sypialni i nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.

***

Gdy tylko się obudziłem spojrzałem na zegar, było już grubo po 11h. Szybko się umyłem, ubrałem, coś zjadłem i pognałem do skrzydła. Zadyszany wszedłem do środka i aż mnie zamurowało... Hermiony nie było. Pomfrey akurat wyszła ze swojego gabinetu.
- Dzień dobry - przywitałem się. - Gdzie jest Hermiona?
- Jej stan zdrowia bardzo się pogorszył i została przeniesiona do szpitala św. Munga.
- Ale jak to się stało?
- Coś dziwnego zaczęło się z nią dziać... sama nawet nie wiem co - powiedziała drżącym głosem.
Coś jeszcze mówił, ale ja jej nie słuchałem, bo już biegłem korytarzami do Dumbledora. Stanąłem przed chimerą, powiedziałem hasło i wszedłem po kręconych schodach. Na szczęście go zastałem.
- Dzień dobry...
- Spodziewałem się ciebie - mruknął.
- Tak? - odparłem zdumiony.
- Zapewne chcesz się wybrać do św. Munga - powiedział, przyglądając mi się uważnie.
- Tak, świstoklikiem...
- Jak chcesz będziesz mógł się nocować w kwaterze
Dumbledor wyciągnął jakiś stary but, rzucił na niego zaklęcie, podał mi i już po chwili stałem przy recepcji.
- W którym pokoju leży Hermiona Granger? - zapytałem.
- Już, proszę poczekać... - zaczęła coś przeglądać. - Jest na czwartym piętrze w sali numer 12. Proszę tędy - wskazała na drzwi po swojej prawej stronie.
Wbiegłem po schodach i wszedłem do drzwi, na których widniała wielka 12. Podszedłem do łóżka, w którym leżała nieprzytomna Hermiona. Miała lekko otwarte oczy, a oddech spokojny i miarowy. Co jakiś czas poruszała się niespokojnie, jakby się miała zaraz obudzić, ale po chwili znowu się uspokoiła. Siedziałem tam już jakiś czas, gdy do sali weszła pielęgniarka.
- Co jej jest? - zapytałem.
- Nikt tego nie wie, a nie można jej zbadać, ponieważ cały czas jest nieprzytomna - odpowiedziała pielęgniarka.
- A nie da się z tym nic zrobić?
- Próbowaliśmy, ale po chwili znowu była nieprztomna.
- I nic nie da się na to poradzić?
- Nie wiem, musi się pan zapytać jakiegoś lekarza. Ale z tego co wiem, pobrali jej krew i jutro może będzie coś już wiadomo...
- Dziękuję...
- A kim pan jest dla niej?
- Chłopakiem - mruknąłem i zacząłem się patrzeć przez okno.

***

- Musi już pan iść - do sali weszła ta sama pielęgniarka.
- A która jes godzina? - zapytałem.
- 22h... niech pan już idzie, bo będę miała kłopoty - mruknęła i wypchała mnie za drzwi, a potem wyszedłem.
Nie poszedłem od razu do Kwatery, chodziłem po Londynie. Nie mogłem znaleźć celu swojej podróży, więc spacerowałem tam i spowrotem. Trafiłem do jakiegoś mugolskiego baru i zamówiłem sobie jakiegoś drinka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności miałem mugolskie pieniądze, zapłaciłem za niego i wypiłem. Później kupiłem jeszcze jednego.
W końcu jednak kasy mi zabrakło i poszedłem na Grimmauld Place, przypomniałem sobie wszystko co było napisane na kartce i między 11 a 13 ukazał się dom opatrzony numerem 12. Wszedłem do środka i poszedłem wzdłuż korytarza obijając się o ściany.
- Kto tu jest? - zza jakiś drzwi wychyliła się matka od Weasley'a. - Co ty tu robisz? - zapyatła oburzonym tonem.
I jakby w odpowiedzi przyleciała sowa. Przeczytała list i spojrzała na mnie podejrzliwie, a ja kiwałem się na wszystkie strony świata.
- Co ci jest? - zapytała w końcu.
- Nic... hep... ja tylko... hep... trochę... hep... się napiłem... hep... - dostałem pijackiej czkawki.
- Wiesz co... idź się lepiej przespać - mruknęła. - Tymi schodami i na prawo.
Wchodząc trochę hałasowałem obijając się o ściany i kilkakrotnie potykając, no i w końcu musiałem kogoś obudzić.
- Co się dzieje? - spojrzałem w stronę skąd dochodził głos, to był Potter. - Ej, co ty tu robisz?! - zapytał już bardziej przytomnym głosem.
- A co cie to obchodzi?! - warknąłem, wszedłem do pokoju i położyłem się na jedynym wolnym łóżku.

***

- Jak myślisz, co on tu robi? - usłyszałem głos Weasley'a.
Postanowiłem udawać, że dalej śpię, w wierze, że dowiem się czegoś konkretnego.
- Na pewno nie wpadł na herbatkę... - burknął Potter.
- Ale skąd on wiedział o Kwaterze?!
- Nie wiem...
- Może już przeszedł na naszą stronę - mruknął Weasley.
- Możliwe...
- Chłopcy schodźcie na śniadanie - wołanie dochodziło z dołu.
Potter i Weasley wyszli i zostałem sam w pokoju. Chwilę tak leżałem po czym zszedłem na dół, byłem strasznie głodny.
- Kto tak w nocy hałasował? - stanąłem w miejscu, za drzwiami.
- Malfoy - to powiedział Potter.
- Że co?! - dało się słyszeć czyjeś krztuszenie.
- Dostałam list od Dumbledora i... - w tym momencie urwała, bo wszedłem do jadalni. - Dzień dobry!
- Dzień dobry - mruknąłem i usiadłem gdzieś na końcu z dala od wszystkich.
Szybko coś zjadłem i wyszedłem z jadalni. Ubrałem kurtkę i już miałem wychodzić.
- Gdzie idziesz?! - warknął Potter, a obok niego stał Weasley.
- Nie muszę się wam tłumaczyć - prychnąłem i odróciłem się do drzwi.
- Ale jeśli nie powiesz to i tak nie wyjdziesz - zagroził Łasic.
- Do szpitala - burknąłem i otworzyłem drzwi.
- Na pewno do psychiatrycznego - zaczęli się oboje nabijać.
- Fajnie, że tak mówicie o Hermionie - warnąłem na odchodne, a miny im zrzedły. - 'Czy to możliwe, aby oni nic nie wiedzieli?!' - pomyślałem.
Ale nie zajmowałem sobie takimi sprawami głowy, bo już szedłem parkiem w stronę szpitala.
- Zaczekaj! - usłyszałem za sobą krzyki, ale myśląc, że to nie do mnie szedłem dalej. - Malfoy! - to już na pewno było do mnie, więc się odwróciłem.
W moją stronę biegli Łasic i Bliznowaty.
- Czego?! - warknąłem.
- Co jej się stało? - zapytał Potter.
- Eh, bo ja wiem... - mruknąłem.
Doszliśmy do szpitala, weszliśmy i poszliśmy na odział, na którym leżła Hermiona. Wyglądała tak samo jak wczoraj... z lekko otwartymi oczami. Do sali weszła ta sama pielęgniarka co wczraj.
- Są wyniki? - zapytałem.
- Tak... - mruknęła dziwnie mi się przyglądając. - Mogę z panem porozmawiać na osobności? - zapytała.
- Tak, oczywiście - wyszedłem za nią.
- Czy wyście... hmm... uprawiali już seks? - zapytała ze zmieszaniem na twarzy.
- No... - mruknąłem bojąc się do czego zmierza. - A co?
- Bo ona jest... w ciązy - wydusiła z siebie, a sens tych słów doszedł do mnie dopiero po chwili.
- Że co?! - krzyknąłem.
- Proszę tak nie krzyczeć, tu są chorzy - skarciła mnie. - Jest w ciąży... - powtórzyła.
- Ale jak to możliwe - mruknąłem.
- A pan się mnie o to pyta?! - popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, że o coś takiego mogłem się zapytać.
- A co z resztą?
- Jaką resztą?
- Badaniami - westchnąłem.
- Z badań wynika, że wszystko jest w porządku.
- To jak to możliwe, że przez tyle czasu się nie budzi?
- Prawdopodobnie dlatego, że ma anemię w zaawansowanym stadium, czyli wysoki niedobór krwi.
- Da się to wyleczyć? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Tak. Ale, żeby z tego wyszła całkowicie będzie potrzeba dużo pracy i wsparcie najbliższych osób.
- A da się ją jakoś obudzić?
- Teraz wiemy jak ją leczyć, więc nie powinno to dużo czasu zająć.
- A co mogło spowodować tak nagły spad poziomu krwi?
- Tego to ja na prawdę nie wiem. To wszystko? Bo muszę jeszcze naszykować eliksiry dla pacjentów...
- Tak - mruknąłem i wszedłe spowrotem do sali, w której leżała Hermi.
- I co jej jest? - zapytał Potter.
- Ma anemię w zaawansowanym stadium - mruknąłem nieprzytomnie i usiadłem na łózku, w którym leżała.
- Coś ty taki blady? - zapytał Weasley.
- Nie ważne - warknąłem.
- Spytać nie można?
- Chcesz czgoś do picia? - zapytał się Bliznowaty.
- Możesz przynieś... - mruknąłem.
- Chodź ze mną - zwrócił się do Łasica i oboje wyszli.
Po chwili do sali weszła pielęgniarka.
- Podnieś jej głowę - poprosiła, no to tak zrobiłam.
- Za chwilę powinna się obudzić - powiedziała i przyłożyła do jej ręki jakieś urządzenie. - No! - mruknęła triumfalnym tonem. - Poziom krwi się podwyższył... co prawda niewiele, ale zawsze coś - kiwnąłem głową.
- Gdzie ja jestem? - usłyszałęm zmęczony głos Hermiony obok siebie.
- W szpitalu św. Munga - odpowiedziałem gładząc ją po włosach.
- J-jak to?!
- Są dwie sprawy - zacząłem drżącym głosem.
- Jakie?
- Y... pierwsza to to, że masz anemię i to zaawansowaną, a druga... jesteś w ciąży - wydusiłem z siebie.
- Że co?!
- Co się dzieje? - do sali wparowali Potter i Weasley.
- Nic... - mruknęła.
- Hermi, twój krzyk było słychać na końcu korytarza - powiedział Bliznowaty.
- Proszę jej nie przemęczać, to że jest przytomna to jest cud, ale jeśli dalej będziecie ją tak męczyć to...
- Dobrze już nie będziemy... - bąknął Potter.
- Panie Malfoy, przekazał pan wszytko pani Granger? - zapytała pielęgniarka.
- Tak...
- Pani? - zdziwili się Potter i Weasley, patrząc to na mnie, to na Hermi.
- Może tak jej się powiedziało - uspokajała ich Hermiona.
- Może - mruknęli niepewnie.
- To może my już pójdziemy - mruknął Potter po jakiś 5 godzinach.
Pożegnali się i wyszli, a my zanim coś powiedzieliśmy czekaliśmy aż ich kroki na korytarzu ucichnął.
- Ale jak to się mogło stać? - zapytała.
- Co? - zapytałem nieprzytomnie.
- To, że jestem w ciąży! - warknęła. - Przecież się zabezpieczyliśmy...
- Za pierwszym razem, tak, ale za drugim... nie - przypomniałem jej.
- Kur**! Zapomnieliśmy - powiedziała słabym głosem jakby miała zaraz zemdleć...
Próbowałem ją uspokoić, gdy to zauważyłem:
- Uspokuj się.
- Jak tu się uspokoić, kiedy w wieku 17 lat będę mamą?! - wykrzyczała resztkami sił i opadła na poduszkę (wcześciej usiadła). - Dlaczego? - mruknęła i zemdlała.
- Hermiona znowu zemdlała - wpadłem do gabinetu pielęgniarki, która się nią zajmowała.
- Mówiłam, żeby jej nie przemęczać?! Mówiłam! - krzyknęła. - Ale oczywiście wy mnie nigdy nie słuchacie - i zaczęła coś mówić jaka to jest ta dzisiejsza młodzież. - Daj jej to - podała flakonik - i to... - podała drugi - to na uspokojenie.
- Dziękuje - powiedziałem i wyszedłem.
Podałem Hermi najpierw to na rozbudzenie, a po chwili to na uspokojenie.
- I co ja teraz zrobię - jęknęła.
- Ty?! Chyba co MY zrobimy?! - poprawiłem ją, a ona popatrzyła na mnie zdziwiona.

komentarze [37]





Było tu was
||

Księga gości
zobacz|dodaj

Avatar

Dodaj do ulubionych
Moje wiersze

Sonda



2005
luty (3)
marzec (13)
kwiecień (5)
maj (3)
czerwiec (3)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2006
styczeń (1)
marzec (1)
kwiecień (1)

2007
styczeń (1)

2009
marzec (1)
kwiecień (1)



shiroyukihermiona-dracowikniuskahermianddracotrud-milosci

My music...

Farba - A jeśli to nie prawda



Lay by me